Podobno pośród moich szanownych czytelników (niech będą błogosławione wasze pady!) pojawiły się wątpliwości natury konstytucyjnej

Podobno pośród moich szanownych czytelników (niech będą błogosławione wasze pady!) pojawiły się wątpliwości natury konstytucyjnej. Jedno zdanie wyjaśnienia: nie, nie planuję zmiany nazwy bloga na "Fallout master race". Kończę z Bostonem by przenieść się w czasie i przestrzeni. Tym razem będzie to Afganistan - rok 1984. Zapowiada się ciekawie, bo moje doświadczenia z serią są znikome: dwie godziny przy Sons of Liberty na PS2 oraz tekst Krupik z wrześniowego Piksela.

2015-12-18 07:57:03

skomentuj

Minęło 48 godzin bez grania w Fallouta 4

Minęło 48 godzin bez grania w Fallouta 4. Od dwóch dni nie potrafię się na niczym skoncentrować, ale jednocześnie nie chcę zbyt szybko odłożyć tej gry na półkę. Nie jest to tytuł, który ma jakikolwiek potencjał post-platynkowy, więc trochę udaję obrażoną pannicę i sztucznie wydłużam finał naszej relacji. Zacząłem nawet czytać książkę Przemka Kossakowskiego. Okulary to jednak wspaniały wynalazek (mam nadzieję, że moje audiobooki tego nie przeczytają).

Co do ilustracji - to wcale nie jest billboard zachęcający do odwiedzin w krypcie 111. Postanowiłem splugawić świętą ziemię Sanktuarium i założyłem salon gier losowych o nazwie "Trzy siódemki". Każdy szczęściu dopomoże, każdy dzisiaj wygrać może.

2015-12-17 07:27:52

skomentuj

Koniec przygody, pozamiatane, można już iść

Koniec przygody, pozamiatane, można już iść. Dziś ostrzegam: możliwe spoilery.

Fallout 4, jak sama nazwa wskazuje, musi mieć cztery różne zakończenia. Tak naprawdę warianty są dwa: można zasiąść na fotelu szefa Instytutu lub zniszczyć cały ten interes przez wysadzenie reaktora. Destrukcję czystych i szczęśliwych korytarzy Instytutu możemy wykonać z Trasą, Minutemanami lub Bractwem Stali. W sumie daje to cztery różne warianty finału.

Współpraca z ojcem, który jest synem czyli ścieżka Instytutu wydaje się najbardziej oczywista: gracz w naturalny sposób staje po stronie nauki, postępu, bezpieczeństwa oraz w zgodzie z pokrętną genetyczną niewolą rodzinnych więzów. Odpalamy niewyczerpane źródło energii, niszczymy wrogów, Shaun umiera w podeszłym wieku, w drodze sukcesji szefem Instytutu zostaje gracz. Koniec.

W pierwszej kolejności wybrałem taką linie fabularną tylko z żądzy pucharków. Postać Ojca w ogóle mnie nie przekonała. Pomimo rozbudowanych możliwości fabularnych jakie daje hibernacja, przeniesienie się w przyszłość o 200 lat i wręcz anegdotyczna sytuacja "zdarzają się przypadki, że syn jest starszy od matki" twórcy nie zrobili nic aby zaciekawić mnie Instytutem. Wybór tej opcji byłby czysto pragmatyczny, zapewniłbym sobie czystą pościel w widnym pokoju, armię syntetycznych niewolników i smaczną, nienapromieniowaną zupę w kantynie. Bez większych emocji.

Co innego ścieżka BoS. Ich lśniące pancerze działają na wyobraźnię od pierwszego widzenia, kiedy to rozmawiamy z Cabbotem przed bunkrem w Lost Hills. Potem okazuje się, że to tylko kolejna banda militarystów ogarniętych obsesją władzy, technologii i czystości rasy. W pierwszym kontakcie z tegoroczną odsłoną BoS miałem ochotę wybić wszystkich. Na szczęście skumplowałem się z paladynem Densem - zasłużonym bohaterem bractwa, który okazuje się syntkiem. Zaprzyjaźniamy się z nim by później dostać rozkaz wyrwania syntetycznego chwasta. Bractwo bardzo nie lubi maszyn. Oczywiście nie przeszkadza im to w budowaniu gigantycznego Liberty Prime - przedwojennego robota, który miał uczestniczyć w walkach z Chinami na Alasce w 2077 roku. Bractwo gardzi technologią, która nie jest w 100% poddana człowiekowi, ale oczywiście jest zainteresowane przejęciem od Trasy sztucznej inteligencji o imieniu PAM. Hipokryzja, nadęta retoryka i proste bezwzględne zasady to trzy rzeczy, które mi się w Bractwie Stali najbardziej spodobały. Ta frakcja najlepiej by się odnalazła w otaczającej nas rzeczywistości Europy AD 2015.

Po finale BoS poczułem się znacznie lepiej. Przyszłość Wspólnoty jest w dobrych rękach. Zabrałem się więc za budowanie osady, w której mieszkańcy zaznają niespotykanego szczęścia. Moje dotychczasowe osiedla miały szczęście na maksymalnym poziomie 80 punktów. Okazuje się, że aby zdobyć osiągnięcie "Serce ludu" nie jest potrzebna sprawnie skonstruowana baza tylko efemeryda. Sześciu chirurgów polowych, jedna plantacja mutowoców, byle jakie śpiwory, wieżyczki dla obrony i kilka pomp. Do tego dzwonek, krzesło i kupa wolnego czasu. Cały proces trwał około 3 tygodnie czasu gry i sprowadzał się do bicia w dzwon i czekania 24 godziny. W kółko - na zmianę. Jedyny słaby punkt na liście trofeów.

Na dzisiaj zostało mi odnalezienie 5 z 20 figurek kolekcjonerskich, być może jeszcze kilka nieodwiedzonych miejscówek na mapie Wspólnoty i można myśleć o następnej grze.

2015-12-15 11:40:17

skomentuj

starsze index nowsze



Onegdaj pisałem, że...

Prowadzę bloga "Gry dla dorosłych" od 19 lutego 2013 roku. Oto niektóre z wcześniejszych tekstów:


2015-12-18

Podobno pośród moich szanownych czytelników (niech będą błogosławione wasze pady!) pojawiły się wątpliwości natury konstytucyjnej

2016-03-16

The Division jest tak dobre, że od dwóch dni nie miałem nawet czasu by przyjąć tygodniową dawkę mojej ulubionej popkulturowej strawy czyli serialu The Walking Dead

2015-10-16

- Paniczu Bruce, dokonałem analizy tego niecodziennego i wyjątkowo trudnego do przeanalizowania zjawiska