Właśnie skończyliśmy nagranie podcastu

Właśnie skończyliśmy nagranie podcastu. Adrian Jaworek z portalu Save Project zaprosił mnie do rozmowy w ramach
"Klubu emerytowanego gracza". Swoim niezbyt radiowym głosem próbowałem opowiedzieć o doświadczeniach z perspektywy gracza w wieku średnim.
Dam znać kiedy materiał będzie zmontowany i udostępniony.

2016-01-08 11:21:15

skomentuj

Mija dwudziesty dzień od chwili kiedy zapowiedziałem początek mojej przygody w Metal Gear Solid V: The Phantom Pain

Mija dwudziesty dzień od chwili kiedy zapowiedziałem początek mojej przygody w Metal Gear Solid V: The Phantom Pain. Być może znajdzie się jeden, a może nawet półtorej czytelnika, którzy będą zaniepokojeni faktem, że wciąż nie wydusiłem z siebie na ten temat niczego. Wymówki mam staro-szkolne: najpierw były święta, potem nowy rok, a na koniec dopadła mnie grypa. Taka fest, co to nie pozwala na składne pisanie.

Prawda jest taka, że początkowo nie chciało mi się pisać bo po prostu cały ten Snake’owy hype mi się nie udzielił. Miałem przed sobą naciąganą historię rodem ze średnio-budżetowego niemieckiego kina sensacyjno-przygodowego. Ruskie wojska, nadęci szpiedzy, roboty oraz demony. Pierwsze trzy godziny tej gry to była męka. Wcale nie mam na myśli tutaj niesławnego czołgania się przez szpital tuż za nagimi pośladkami jakiegoś sympatycznego pana. Chodzi o ogólne założenia fabularne - rok 1984, wojna w Afganistanie, infiltracja radzieckich instalacji militarnych - wszytko to zapowiadało się bardzo interesująco. Dziegciem w historii był ognisty belzebub, lewitujące dziwadło w masce p-gaz, teleportujące się marionetki żołnierzy - słowem całe dobrodziejstwo inwentarza pana Kojimy, którego do tej pory nie znałem.

Trzy godziny wystarczyły aby mógł napisać: Metal Gear Solid V: The Phantom Pain to najlepsza gra wojenna z otwartym światem w jaką miałem okazję zagrać. Z ręką na zmęczonym nadciśnieniem sercu!

Nie kłują mnie w oczy baloniki służące do szybkiego transportu czterdziesto-tonowego czołgu. Nie zniechęcają mnie pudła, za pomocą których można nadać samego siebie jak zwykłą pocztową przesyłkę. Dmuchane atrapy Snake’a, wyskakujące niczym okienka na stronach porno, kurczakowa czapka, pies posiadający niepokojącą facjatę - elementów rozpraszających w tej grze jest strasznie dużo. Jeżeli już złapie się infiltracyjny bakcyl to przaśny humor słynnego Japończyka jest tylko i wyłącznie dodatkowym atutem.

Jestem aktualnie gdzieś w ⅓ gry. Przyznaję, że nie biegnę przez nią niczym D-Horse po skalistych i krętych dolinach północnego Kabulu. Staram się rozsmakować we wszystkich elementach rozgrywki. W najbliższych dniach możecie liczyć na kilka wpisów pochylających się nad poszczególnymi aspektami tej fantastycznej gry. Nie mogę uwierzyć, że to napisałem...

2016-01-07 08:55:00

skomentuj

Wciągnął mnie serial pod tytułem Rectify

Wciągnął mnie serial pod tytułem Rectify. Niespieszne tempo, malownicze zdjęcia, prowincjonalna Ameryka i intrygujący temat. Daniel, główny bohater, spędził 19 lat w celi śmierci. Zgwałcił i zamordował swoją szesnastoletnią dziewczynę. Podobno.

Przeprowadzone niedawno badanie DNA podważyło orzeczenie sądu, a nasz bohater może wrócić do domu. Serial to szeroko nakreślona opowieść o jego próbach oswojenia się ze światem. Jednym z etapów nauki życia na nowo jest powrót do rzeczy osobistych, konserwowanych w kartonowym pudle na strychu od połowy lat dziewięćdziesiątych. Daniel na jeden dzień przenosi się w czasy liceum. Słucha urodzinowej mixtape od swojej nieżyjącej dziewczyny - oczywiście na walkmanie. Ubiera ciuchy zbuntowanego nastolatka, jeździ na BMX-ie. Wydaje się szczęśliwy. Dzień kończy przed konsolą Sega Mega Drive grając w Sonic the Hedgehog za pomocą onieśmielającego Arcade Power Stick. Jaki ładunek emocjonalny niesie scena możecie zobaczyć na załączonym filmie. Długi nie jest.

Czterdziestolatek i 16-bitowe gry video jako metafora przemijania i bezpowrotnie utraconej młodości to łatwy i czytelny zabieg narracyjny. Chciało by się powiedzieć klisza, ale kolejny odcinek rozpoczyna się od podobnej sceny z tym, że jest dzień, a łzy nie kapią po twarzy bohatera.

Gry video okazują się być czymś więcej niż etapem nastoletniego hedonizmu. Bez kompleksów mogą dołączyć do magdalenek Marcela Prousta.

2016-01-02 12:25:46

skomentuj

starsze index nowsze



Onegdaj pisałem, że...

Prowadzę bloga "Gry dla dorosłych" od 19 lutego 2013 roku. Oto niektóre z wcześniejszych tekstów:


2014-11-28

Całkiem fajna gra z tego Destiny. Momenty były. Zupełnie nie rozumiem dlaczego ta gra ma na Metacritic ocenę niższą o średnio 10-20 punktów od poprzednich dzieł studia Bungie czyli serii HALO

2013-12-06

To nie tak, że po ukończeniu GTA V sprzedałem konsolę i gram jedynie na nerwach mojej żony

2017-05-19

Wczorajsza zapowiedź Destiny 2 uświadomiła mi, że w tym roku raczej nie właduję się w kolejny heroinopodobny ciąg z grą MMO