Wygospodarowałem wczoraj wieczorem dodatkową

Wygospodarowałem wczoraj wieczorem dodatkową godzinkę na betę Division 2. Po dobiciu Białego Domu zająłem się tym, co najważniejsze. Było to pójście bokiem i zebranie kilku nowych elementów wyposażenia, pierwsze „plecakówy”, czyli przeglądanie ekwipunku, przebieranie awatara i sprzedawania śmieci, trochę wędrówki bez celu, przed siebie. Zwiedzanie.

Gra jest cholernie wtórna, dostaliśmy po prostu zmianę makijażu i nakrycia głowy. Esencja się nie zmieniła. Nadal trzeba biegać, flankować, strzelać do ołowiochłonnych gąbek, stanie za zasłoną kończy się zgonem. Dokładnie tak pamiętam Division 1 w końcowym stadium — a grałem ostatnio wczesną jesienią 2018.

Jednak: wtórność tej gry jest jej największą zaletą! Twórcy zachowali wszytko co było doskonałe — dynamika strzelania i potencjał uzależniający od „jeszcze jednej misji” mają tę samą moc. Kosmetyczne zmiany jeszcze bardziej przyspieszają rozgrywkę, ułatwiają korzystanie z ekwipunku, ale pewnie w finalnej wersji i tak się zmienią.

Tylko zimy w wielkim mieście żal.

skomentuj

Gry zaangażowane

Gry zaangażowane społecznie. Gry ze z góry założoną tezą. Gry z przesłaniem, gry edukacyjne, gry umoralniające. Gry uwrażliwiające.

Co czujecie, czytając te hasła? Czy to zachęca do zainteresowania się tematem? Czy ktoś chce grać w grę tylko po to, aby się czegoś dowiedzieć nowego? Czy ktokolwiek z was jest skłonny do zainteresowania się grą podejmującą temat np. edukacji o prawa człowieka, jeśli na co dzień nie zainteresowałby się tym zagadnieniem ani na sekundę? Czy gra musi posiadać przyciągający gameplay? Magnes, który przyciąga do urządzenia na długie godziny, zestaw kilku mechanik, którymi manipulowanie robi właściwą grę. Czy gra może być niczym najnowszy Black Mirror (Bandersnatch) – filmem z kilkoma ścieżkami wyboru?

No i na koniec — czy każdą grę musi dać się wygrać? Czy w tym celu można narzucić graczowi, aby był tym dobrym?
Ostatnio próbowałem grać w 12 różnych indyków podejmujących tematy budowy i zarządzania strukturami znanymi z rzeczywistego świata (uczelnia wyższa, więzienie, centrum handlowe, biurowiec, fabryka samochodów). Zastanawiam się, czy w grach symulacyjno-strategicznych, których nadrzędną cechą jest wolność kreacji i eksperymentowania z najróżniejszymi rozwiązaniami, jest miejsce na umoralnianie.

Fot. Marc Da Cunha Lopes (polecam!)

skomentuj

Nic nie

Nic nie pisałem, a było o czym. Za mną piękne dwa (może trzy?) tygodnie przy Factorio. Wczoraj w nocy wystrzeliłem satelitę i zakończyłem główny cel gry. Nie tknąłem się przy tym przeróbki uranu i pozyskiwania energii z syntezy jądrowej. Nie bawiłem się też w wojnę co stanowi 1/3 rozgrywki. Trochę żałuje, bo pewnie szybko nie wrócę do tej gry, ale jeśli pojawi się potrzeba powrotu to już wiem co mam do zrobienia.

Zmęczyło mnie piękno cyzelowania układu. Gra polega na projektowanu i budowaniu zautomatyzowanych linii produkcyjnych. Ustawiamy koparki, piece hutnicze i fabryki, które przetworzą nam np. miedź w drut, następnie drut w układy scalone, a te dalej w najróżniejsze urządzenia. Sprawa jest prosta, a liczba elementów jakie można wykorzystać przytłacza. Po zbudowaniu pierwszych ciągów produkcyjnych pojawia się problem. Za mało stali, za mało, węgla, za mało kół zębatych… no i optymalizujemy. Dorabiamy, przerabiamy, przenosimy, omijamy. Gra wciąga niesamowicie. Nie spotkałem się z silniej uzależniającym tytułem.

Wiecie jak to wygląda. Jeszcze tylko dobuduję rafinerię, jeszcze tylko podciągnę szybszy taśmociąg z węglem pod fabryki plastiku, jeszcze tylko postawię nowe elektrownie bo zaczyna brakować prądu. I tak codziennie do 2-3 w nocy.

W ostatnim półroczu uzależniłem się od RimWorld, teraz Factorio. W planie mam Prison Architect. Dwarf Fortress raczej sobie odpuszczę ale rozważam Gnomorię. Ktoś z was zna jakieś podobne gry?

skomentuj

Nintendo Switch dzielnie towarzyszy mi

Nintendo Switch dzielnie towarzyszy mi wieczorami od dwóch tygodni. Początki były trudne. Nie sądziłem, że przydarzy mi się potrzeba sięgania do instrukcji użytkowania elektroniki rozrywkowej. Musiałem sprawdzić jak wykonać twardy reset konsoli. Kilkusekundowe, wykształcone intuicją przez lata pracy w IT, przytrzymywanie przycisku power okazało się zbyt krótkie. Aby zrestartować zawieszoną konsolę musi to trwać 12 sekund.

Drugi problem to moje ciało. Kościec, mięśnie, wzrok i czterdziestoletnie nawyki – to wszytko sprawiło, że musiałem zignorować wszystkie atuty związane z przenośnością konsoli. Gdy trzymałem ją wygodnie, w dłoniach opartych na kolanach to nic nie widziałem na ekranie. Kiedy przybliżałem do oczu – napięcie mięśni ramion boleśnie ograniczało przyjemność z gry. Trwało to całe 15 minut.

Konsola, uprzednio oklejona folią zabezpieczająca ekran, trafiła do stacji dokującej. Duży, wyraźny obraz, którego nie muszę dźwigać ze sobą, dał gwarancję, że kciuk Nintendo czy cieśnia nadgarstka to wciąż pieśni przyszłości. Pstryczek po przestawieniu się w wariant stacjonarny jest bardzo wygodny. Pad jest bardzo lekki, trzeszczący i sprawia wrażenie delikatnego ale da się grać. Problemem jest ładowanie – trzeba przepstrykać go z powrotem do konsoli. Nie można grać na TV i ładować równocześnie pada.

Drugim problemem jest moje kolano. Zwykle rozpłaszczam sie na kanapie, zarzucam nogę na nogę i gram. Teraz nie mogę. Kolano zasłania fale, którymi przekazywane są dane do konsoli. Mówimy tu o odległości 2 metrów. Dokładnie taki sam zasięg ma mój pilot bluetooth do Kodi kupiony za 25 zł na Aliekspresie. Jest to tak irytujące jak żenujące. Nie spodziewałem się jak bardzo trzeba przyzwyczajać swe ciało do grania na takim sprzęcie.

Moja adaptacja przebiegła na tyle skutecznie, że gdy wczoraj odpaliłem po 14-dniowej przerwie PS4 to nie mogłem zrozumieć dlaczego w menu głównym kółko mnie cofa, a krzyżyk zatwierdza. Kto to wymyślił? Pewnie Japończycy 😉

Switch ma jeszcze jedną bardzo wielką zaletę. Jest szybki. Gra jest ciągle w pamięci, odpala się błyskawicznie, na nic się nie czeka, nic się nie ładuje. Aktualizacja systemu trwa sekundy (aktualizacja pada kilka minut – taka ciekawostka).

skomentuj

Jest w Zeldzie taka

Jest w Zeldzie taka scena. Wyjątkowo piękna jest to scena. Opowiem wam o niej.

Budzisz się w hotelo-stadninie, która powinna być gospodą, ale Zelda robi co może aby odciąć się od proweniencji pseudo średniowiecznego fantasy. Karczma w tej grze wygląda jak namiot cyrkowy wystylizowany na festiwal Burning Man 2019. Nie kupisz w niej alkoholu, można za to posłuchać plotek, nałapać pobocznych misji i wypocząć.

Świta. Podnosisz się więc ze swojego luksusowego łóżka za 40 rupii, wychodzisz z przybytku i kierujesz się na pobliskie wzgórza. Brniesz przez falująca na delikatnym wietrze połać trawy, która skąpana w porannym słońcu przywodzi ci na myśl stepy Akermanu. Link nurza się w zieloność, niczym łódka brodzi pośród fali łąk szumiących, pośród kwiatów powodzi. Na szczycie pagórka rośnie zagajnik, już na pierwszy rzut oka wygląda na zasadzony ludzką ręką. Stając w cieniu jakim obdarza przechodnia ten święty lasek mogę przeanalizować perymetr. Z łatwością dostrzegam stado koni na wschodnim stoku.

Stadnina, w której nocowałem nie sprzedaje koni. Można tam nabyć rymarskie akcesoria, można wynająć nocleg dla swojego (nieparzysto)kopytnego towarzysza, jednak nie można go nabyć. Konia należy własnoręcznie złapać i oswoić.

Schodząc w dół wzgórza rozpocząłem podchody. Powolne skradanie się by zajść konika od tyłu, ukradkiem wskoczyć na niego i utrzymać się na grzbiecie. W teorii to wszystko brzmi banalnie. Ileż to mustangów okiełznałem na równinach Cholla Springs? Trudno zliczyć. Zelda jednak kopnęła mnie w dupę ubłoconym kopytem. Podejście do konia w standardowych ciuchach, bez eliksirów wyciszających, jest dość trudne. Ostatnie centymetry trzeba wykonać w trybie skradającego się skradania. Mogą cię zauważyć inni członkowie stada, spłoszą wtedy całą grupę. Kiedy już wskoczysz na koński grzbiet rozpoczyna się galop. Gra wtedy wymaga od nas utrzymania się w siodle. Nie udało mi się mimo kilkunastu prób. Naciskałem wskazany przyciski szybko, wolno, rytmicznie, arytmicznie, trzymałem, machałem gałkami. Starałem się jak umiałem. Udało się dopiero z innym konikiem, wskoczyłem na niego i od razu udało się utrzymać na jego wierzchu. Tamten pierwszy musiał być jakimś lepszym/trudniejszym wariantem.

Za mną skradanie i wskakiwanie, ale przede mną cześć właściwa czyli ujeżdżanie. Z nowym koniem musimy nawiązać wieź. Buduje się ją przez wydawanie komend i nagradzania głaskaniem. Konika trzeba nauczyć skręcać, przyspieszać, zatrzymywać się. Musimy zbudować zaufanie, jeśli wprowadzimy do w chaszcze to się zirytuje i trzeba go przeprosić, udobruchać. Jest to dość długi proces i sam w sobie wydaje się bardzo naturalny.

Myślałem, że jak już zdobędę upragnionego konika to wybiorę się w stronę zachodzącego słońca w tempie żwawszym niż zwykle. Nic z tego, po oswojeniu Pana Kleksa wróciłem na to krymskie wzgórze i po kilkunastu minutach stałem się posiadaczem Karafki. The Legend of Zelda: Breath of the Wild to wybitna gra dla koniarzy.

skomentuj

Dziś mija równo 47 lat od słynnego gierkowego

Dziś mija równo 47 lat od słynnego gierkowego „Pomożecie?”, a ja napisałem długi tekst z podsumowaniem grania w 2017 roku. Niestety zeżarł mi go Facebook w momencie podpinania fotografii do posta. Tej fotografii. Za rzadko tu piszę i zapomniałem żeby to robić poza FB. Ile to już czekamy aż kochany Mark wynajdzie mechanizm autosave?

skomentuj

Serdecznie dziękuję za

Serdecznie dziękuję za wczoraj. Ogrzałem się trochę w żarze waszych lajków i komentarzy. Za oknem też jakby zmiana – odwilż – przynajmniej w moich Smogowicach. Kawa wypita, więc można pisać.

Będąc fanem cRPG nie potrafiłem przejść obojętnie obok nowej gry Piranha Bytes. Co ciekawe nie grałem nigdy w Gothica, nie grałem w Risena, ale swego czasu spędziłem z nimi jeden czy dwa wieczory przed YT. O co chodziło tych klasykach pecetowego szwędactwa wiem dość dobrze i bardzo to szanuję. Kupiłem więc Elex.

Jeśli zastanawiacie się nad tym tytułem lecz boicie się bugów, niedoróbek i ogólnej prowizorki to mogę was uspokoić. Gra nie zawiesza się częściej niż średnia konsolowa na PS4. W samej grze też nie spotkałem irytujących glitchy, zepsutych zadań, nieprzystających animacji, brakujących tekstur. Premierowy Wiedźmin 3 był dużo bardziej irytujący. Wejście w świat Elex jest bardzo gładkie, na samym początku dostajemy odrzutowy pasek, dzięki któremu możemy wzbijać się ponad rozmaite przeszkody terenowe. Burzy to swoisty romantyzm forsowania przeszkód metodą brute-force. Kto się szwęda ten wie, kto nie – niechaj słucha. W wielu grach istnieje metoda wspinania się, a nawet pokonywania całych pasm górskich, która polega na intensywnych podskokach pod stokiem, na szukaniu kawałka punktów zaczepienia się dla nóg. Czasami trzeba skakać tyłem, czasami bokiem, czasami trzeba się odrobinę cofnąć. Mam wrażenie, że mechaniki te, choć sprawiają wrażenie gliczopochodnych są celowo wplatane w trójwymiarowe gry typu sandbox. Każdy lubi chodzić na skróty, nawet jeżeli to trwa trzykrotnie dłużej niż ścieżkami.

Zakładając odrzutowy pas dostajemy możliwość ucieczki przed większością przeciwników. Jest to bardzo istotne bo na początku tylko szczury nam nie zagrażają. Każdy nawet najsłabszy potworek stanowi wyzwanie, a wrogo nastawionych NPC radzę omijać szerokim łukiem. Pierwsze godziny czaimy się w krzakach i dokładnie planujemy każdy krok. Kompan, którego scenarzyści podsunęli nam na samym wstępie jest niezbędnym wsparciem podczas pierwszej dalekiej podróży. Samotne zboczenie z trasy kończy się zawsze tak samo.

Cóż to za świat w tym Eleksie?

Biegamy po planecie zniszczonej przez uderzenie komety. Katastrofa zdegradowała istniejącą tam cywilizację, która bardzo przypominała naszą. Ludzkość otrząsnęła się i uformowała w cztery główne frakcje. Cechą, która je dzieli jest stosunek do Eleksu – substancji zawleczonej przez kometę.

Bersekowie na pierwszy rzut oka przypominają skyrimowych Towarzyszy. Honor, hierarchia, tarcze i topory. Uważają Elex za toksyczny, przerabiają go na manę, sadzą magiczne drzewa, które rekultywują skażaną glebę. Częściej niż toporem machają łopatą – sadzą, pielą, chronią. Ich sztywne zasady etyczne stanowią barwne i komplikujące tło dla zróżnicowanych zadań jakie będziemy musieli wykonać.

Klerycy jak to klerycy – dużo gadają o religii. Gęby im się nie zamykają od agitacji. Nastawcie się na ściany tekstu opisujące detale ich wierzeń. Pielęgnują dawne technologie i starają się ożywiać antyczne maszyny za pomocą energii czerpanej z Eleksu. Polubią ich miłośnicy broni energetycznej, dystansowej i głębokiej hipokryzji.

Banici to grupka wprost wyjęta z Falloutów. Ubierają się jak bohaterowie postapo, mają dość luźne podejście do życia i zasad nim rządzących. Parają się produkcją narkotyków i to właśnie te substancje są kartą przetargową Banitów. Bronie używane prze nich są zróżnicowane.

Czwarta ekipa to Albowie. Ci źli. Zauważyli, że spożywanie Eleksu daje niesłychane moce, ale uniemożliwia odczuwanie. Klasyczny Alb jest silny, blady i pozbawiony empatii. Kieruje się logiką i bezwzględnym posłuszeństwem wobec przełożonych. Dodam, że główny bohater jest Albem, co nie jest spoilerem bo o tym fakcie dowiadujemy się w intrze gry.

Dlaczego nie wiem czy ukończę Elex?

Bardzo szybko okazuje się, że gra została złożona ze stosunkowo niewielkiej liczby elementów. Tak wrogowie, jak przedmioty, które pieczołowicie zbieramy, szybko stały się nudne i powtarzalne. Ukształtowanie terenu też wydaje się podejrzane. Atrakcji jest sporo, ale są zbyt blisko siebie, sztucznie pozasłanianie dziwnymi górkami. Widać taniość w dopracowaniu detali świata, animacji. Szczególnie słabo wypada walka. Po takich grach W3 czy HZD moje wymagania wobec mechaniki potyczek stały się nieco bardziej wyśrubowane.

Dlaczego chciałbym ukończyć Elex?

Bo to kawał rasowego cRPG. Zadania są złożone, dobrze zagrane, wielowątkowe, mogą się kończyć na więcej niż dwa sposoby. Ba, można je psuć, zabijać przyszłych zleceniodawców, zrażać ich do siebie. Czułem się jak w izometrycznym Falloucie, a nie w grze na konsoli z XXI wieku. Trzeba uważać, stąpać ostrożnie – te anachronizmy są paradoksalnie bardzo odświeżające. Gra wspiera też eksperymenty, można napuszczać potwory na siebie, np. przez kuszenie trolla by zaatakował pobliski garnizon bandytów. Można działać w ukryciu, można się specjalizować – to jest prawdziwy RPG, każda decyzja jest ważna. Osoby które zrażone były licznymi uproszczeniami w Fallout 4 będą się tu czuły jak w domu. Osoby, które lubią zarządzanie postacią w stylu Pip-Boya też będą się czuły jak w domu.

skomentuj

Ostatni post z 20 października

Ostatni post z 20 października 2017. Pewnie z tej okazji dostaliście specjalne powiadomienia od Facebooka o treści: „wielkie odkrycie radzieckich archeologów – strona Gry dla Dorosłych wciąż funkcjonuje”. No niby żyje, ale co to jest za życie? Zima, wyjątkowo nieciekawe perypetie zawodowe, a do tego lekka depresja społeczna z tendencją do pogłębiania się. Gry przestały być na to wszytko skutecznym lekarstwem.

Koniec roku należał do RimWorld. Przegrałem tam ze 150 godzin, równolegle – na dwóch różnych światach. W jednym miałem energetyczne Eldorado, pełne spiżarnie i poczucie ogólnej szczęśliwości. W drugim polarną pustynię, kanibalizm i ciągłe problemy ze wszystkim po kolei. Ta druga rozgrywka, nasycona wyzwaniami i problemami okazała się dużo ciekawsza, jednak do czasu. Człowiek już taki jest, że nawet najmniej przyjazne ekosystemy jest w stanie przystosować do swoich wymagań. Tu też zaczęła się nuda. Nie przeszkadza mi to twierdzić, że RimWorld jest najlepszą grą z jaką się zetknąłem w 2017 roku.

Kupiłem Elex. Mam na liczniku kilkanaście godzin i brak przekonania czy to w ogóle skończę. Pogrywam w Division, odbywam raz na czas godzinny spacer po NYC. Chyba czekam na remake Shadow of the Colossus. Chyba czekam na Far Cry 5. Z pewnością czekam na RDR2. To wszystko to jednak jest liche niczym ruchy Browna.

Równo za trzy dni w moje atopowe dłonie trafi Nintendo Switch, a na nim wiadomo – Zelda. Jeżeli to mnie nie przywróci do pisania o grach to chyba już nic nie będzie w stanie.

skomentuj

Zaczynam ogarniać metodologię przeżycia w

Zaczynam ogarniać metodologię przeżycia w kolonii RimWorld – nikt mi wczoraj nie umarł. Co więcej, mam za sobą pierwszy romans, który zakończył się ślubem. Okazuje się, że seks poprawia nastrój kolonisty w mniejszym stopniu niż uznanie i szacunek płynący z oczu partnera/partnerki. Oczywiście, że nie jest to uczucie symetryczne – bardzo jestem ciekawy czy uda im się doczekać potomstwa. Ona jest naukowcem, on głównie sprzątaczem i tragarzem. Egalitarna jest miłość w mojej osadzie.

Przyszła zima, a więc nuda straszna, zbudowałem stół bilardowy, zorganizowałem też browar i pracownię narkotykową. Dokąd doprowadzą mnie eksperymenty w tej ostatniej dziedzinie? Nie mam pojęcia, ale wiem, że chcę się przekonać.

Najciekawszymi wydarzeniami wczorajszego dnia była walka z grzejnikami podczas fal zimna oraz wizyta miotacza mołotowów. Wpadł do mnie facet, który na dzień dobry wysadził drzwi wejściowe, stanął w wyjątkowo niewygodnym do zestrzelenia kącie i zaczął obrzucać domostwo łatwopalną substancją. Zanim go ustrzeliłem ogień już trawił 1/4 zabudowań. Na szczęście opanowałem aktywną pauzę i szybko zdusiłem ogień. Straty były minimalne.

P.S.
Pozostało jeszcze kilka godzin aby sobie wyklikać za całkowitą darmochę prawdziwego klasyka, grę Civilization III. Wersja dla Steam: [link]

skomentuj