Urlop, urlop i po urlopie

Urlop, urlop i po urlopie. Plan był prosty - odcięty od dużych telewizorów, konsol i komputerów miałem opisać wszystkie te tytuły, które miałem okazję ograć w ostatnich tygodniach. Jest ich całkiem sporo:
- State of Decay
- TWD: Michonne
- ABZÛ
- Child of Light
- DiRT Rally

Niestety nie udało się. Smażyłem powidła i poza tym robiłem wielkie nic. Po powrocie od razu zabrałem się za Deus Ex MD oraz relaksacyjne oglądanie Stardew Valley na youtubie. Obie czynności niespodziewanie okazały się bardzo przyjemne.

2016-09-26 07:38:54

skomentuj

Dziś krótki rys historyczny o kupowaniu gier, które stoi po stronie yang oraz piractwie, czyli mrocznym pierwiastku yin

Dziś krótki rys historyczny o kupowaniu gier, które stoi po stronie yang oraz piractwie, czyli mrocznym pierwiastku yin.

W pakiecie z pierwszym komputerem (8-bit Atari) dostałem kilkanaście kaset, na każdej po około 20 gier nagranych w systemie Turbo 2000. Nie był to zbyt popularny system na mojej wsi, znałem tylko jedną osobę, która posiadała kasety Turbo 2000, większość kolegów korzystała z systemu Turbo Blizzard. Po krzyżowym ograniu tego co mieliśmy na stanie zmuszeni byliśmy do odbycia wyprawy po złote runo. Niedzielny poranek, najpierw autobusem do Trzebini, potem pociągiem do Krakowa, a następnie tramwajem na Rondo Matecznego. Na koniec krótki spacer do budynku Elbudu, który mieści się przy ulicy Wadowickiej 12. Towarzyszyła nam podniosła atmosfera odwiedzin w sanktuarium, nigdzie indziej nie można było zobaczyć tylu najnowocześniejszych elektronicznych gadżetów, wszelakich komputerów i wymyślnych akcesoriów. Stoiska kusiły świeżo nagranymi kasetami z grami, a każdy chętny mógł za kilka gorszy wymienić się kasetami VHS z filmami. Do tego w drodze powrotnej odwiedzaliśmy pewien ultrapopularny lokal gastronomiczny mający siedzibę przy Floriańskiej 55. Raj na ziemi.

Dosyć szybko zauważyłem różnicę pomiędzy ofertą giełdowych piratów, a tym co widziałem w reklamach polskich wydawców drukowanych z atarynkowych czasopismach. Wysłanie zamówienia za pomocą tradycyjnej poczty, następnie oczekiwanie i zapłata przy odbiorze przesyłki było dużo prostsze niż wspomniane wyżej eskapady do Krakowa. Zacząłem zamawiać oryginalne gry. Kosztowały około 20-40 tysięcy starych złotych, oczywiście na kasetach, bo nigdy nie miałem stacji dysków. Kolorowe okładki, instrukcje, nośniki lepszej jakości niż te giełdowe – wszytko to sprawiło, że czułem się dobrze. Miałem kolekcję około 20 oryginalnych gier, przepadłą niestety u tzw. „kuzynostwa”, któremu sprezentowałem Atari po przesiadce na PC.

Pierwszy komputer z prawdziwego zdarzenia to było 486DX2-66. Jeden z wujków posiadał PC znacznie dłużej i zdołał zgromadzić małą kolekcję gier, głównie strategicznych. Pamiętacie te wielkie kartonowe pudła? Pożyczałem od niego, ale w życiu nie kupiłem oryginalnej gry na PC. Koledzy ze szkoły średniej udostępniali mi płyty CD z nagranymi kompilacjami kilkudziesięciu gier. Mało która się uruchamiała, zwykle miały brutalnie wycięte wszelkie cut-scenki i inne zasobożerne materiały. Cień gier, ale grało się. Tak poznałem Fallouty, GTA czy Diablo i nie wstydziłem się tego, bo przecież wszyscy mieli piraty. Gry oryginalne kupowali jedynie szaleńcy.

Kolejną platformą do gier było Playstation 2. Przeróbka tej konsoli, tak aby czytała pirackie płyty DVD była bardzo łatwa i tania. Oczywiście, że to zrobiłem. W „kolekcji” posiadam jedynie dwa oryginalne tytuły: Gran Turismo 4 oraz Fahrenheit – ich również nie nabyłem, pochodziły „z darów”. Nie wiem skąd we mnie pragnienie diametralnej zmiany podejścia do licencjonowania programowania zwanego grami video, ale postanowiłem, że moja kolejna platforma nie będzie splugawiona piractwem.
Nabyłem Xboksa 360 i mimo tego, że piracenie tej konsoli było równie łatwe i tanie co PS2 uznałem, że definitywnie kończę z okresem błędów i wypaczeń. Skupiłem się na ofercie gier używanych. Okazało się, że za niewielkie pieniądze można kupić większość z popularnych tytułów. Co więcej, po ograniu, można je zupełnie legalnie odsprzedać. Zamiast wydawania 200 zł na nową grę wydawało się 50 zł na używkę, by po kilku tygodnia sprzedawać ją za powiedzmy 40 zł. Brzmi to fair i nie trzeba się martwić o aktualizacje softu, banowanie kont i inne nieprzyjemne rzeczy.

Kontynuuję identyczne podejście do tematu również przy bieżącej generacji. Przerób gier mam dosyć duży, a kolekcjonuję zabawkowe pistolety, a nie pudełka z płytami, z resztą do większości z tego co grałem wracać raczej nie będę. Nigdy. Taka formuła nie nadwyręża zbytnio budżetu i pozwala grać we wszystkie nowości.

Pierwszym tytułem, który zakłócił mój game-flow jest No Man’s Sky. Kupiłem go w dniu premiery za 269 zł. Po dwóch tygodniach wystawiłem na Allegro za 220 zł. Brak chętnych. Zszedłem poniżej 200 zł. Nadal brak zainteresowania. Wycofałem się kiedy zobaczyłem, że używaną wersję pudełkową można nabyć za mniej niż 150 zł. I to jest kolejny kamyczek położony na grobie tego sympatycznego indyka.

2016-08-29 12:19:14

skomentuj

Pożegnałem się wczoraj z No Man's Sky

Pożegnałem się wczoraj z No Man's Sky. Ostatniego dnia postanowiłem poświęcić się i scalakować jedną planetę. Chodzi oczywiście o zeskanowanie wszystkich gatunków zwierząt, a nie np. odwiedzenie każdego posterunku. Spacerowałem przez dwie, może trzy godziny i ciągle brakowało mi jednego zwierza. Nauczyłem się już, że te latające trzeba sprowadzić do parteru przed rozpoczęciem analizy. Szukałam istot żywych bardzo dokładnie, nawet w jaskiniach. Nic z tego.

Jeszcze raz zachwyciłem się pięknem syntetycznego krajobrazu, pochyliłem czoła przed algorytmami, które z ziarnka soli potrafią wyczarować takie kształty. Przy okazji zauważyłem nowy, do tej pory nie spotkany przeze mnie element wystroju planet, czyli trudne do zniszczenia kuliste twory, które zawierają egzotyczne pierwiastki. Znajduję się ok. 160XXX lat świetlnych do centrum i muszę przyznać, że czasami mnie ciekawi co tam jeszcze nowego się może pojawić. Kilka planet temu odkryłem, zupełnie dla mnie nowe, gigantyczne tunele na powierzchni jednej z planet. To był miły moment. Ile takich chwil NMS jeszcze skrywa przed graczem? Nie dowiem się.

Mam dla was kilka rad. Jeżeli zdecydujecie się kiedyś na zakup tej gry to starajcie się jak najdłużej nie opuszczać pierwszego układu. Latajcie pomiędzy planetami, zbierajcie fanty, ulepszajcie sprzęt. Im dłużej będziecie odwlekać pierwszy skok międzygwiezdny tym więcej przyjemności wyciśniecie z NMS.

Warto używać nóg. Statek nie zginie, nawet jeżeli oddalicie się od niego na "ponad godzinną" odległość to zawsze można odszukać posterunek lub stację, która udostępnia możliwość przyzywania statku. Nic nigdy nie przepadnie. Jedynie podróżując pieszo, z mały wsparciem jetpacka, można w pełni doświadczyć eksploracji nieznanej planety. Wystarczy wyposażyć się w któryś z podstawowych gadżetów rozwiązujących problem lokalnej planety (radiacja, temperatur, toksyny) i nie zapominać aby w kieszeni zawsze znajdowała się grudka tytanu lub cynku dla podładowania tarczy.

Niczyje Niebo może być grą piękną i kojącą. Może też być nudne i powtarzalne. Wszystko zależy od ciebie graczu.

2016-08-23 13:24:42

skomentuj

starsze index nowsze



Onegdaj pisałem, że...

Prowadzę bloga "Gry dla dorosłych" od 19 lutego 2013 roku. Oto niektóre z wcześniejszych tekstów:


2015-03-12

Co prawda nie jestem miłośnikiem starych gier, ale postanowiłem ograć reedycję GTA V

2015-05-12

Właśnie zauważyłem, że Gry dla dorosłych mają okrąglutkie 256 lajków. Z tej okazji życzę sobie i wam jak najszybszego wyjścia wspaniałych 10 gier, które widać na załączonym obrazku

2015-07-31

A gdyby tak rzucić wszystko i pojechać w Bieszczady? Zdjąć zbroję, kuszę rzucić w kąt, pojeździć na Płotce, nawet na dzikim mustangu - okiełznanym za pomocą Aksji, dosiadanym na oklep