Całkiem fajna gra z tego

Destiny. Momenty były.

Zupełnie nie rozumiem dlaczego ta gra ma na Metacritic ocenę niższą o średnio 10-20 punktów od poprzednich dzieł studia Bungie czyli serii HALO. Na wzór rasowych polityków wypowiadam się, nie mając pełnego rozeznania w temacie. Czym w końcu jest piąty poziom postaci który udało mi się wczoraj zdobyć?

Jednak każdy po tych dwóch godzinach dema powinien mieć wyrobione zdanie – czy chce grać dalej, czy kasuje w trudzie i znoju ściągnięte pliki. Z przyjemnością dokończę wszystkie misje udostępnione za darmo przez developerów i wbiję 7 level – maksymalny poziom postaci jaki można osiągnąć w trakcie pięciu ziemskich misji oraz po jednym, trzyosobowym rajdzie.

Polubiłem podskok z dopalaczem a’la mini-jetpack, szybkie i wygodne przywołanie skutera przypominającego 74-Z z Powrotu Jedi, mnogość broni, pancerzy oraz zastosowany model obrotu tymiż. Nade wszytko jednak spodobał mi się świat, drobiazgowy, nextgenowy, ciekawy i postapokaliptyczny, a do tego po prostu ładny.

Największa wartość Destiny to do perfekcja w stymulowaniu przyjemności jaka płynie ze współdziałania. Nie do przecenienia jest nawet chwilowa więź rodząca się do przypadkowo spotkanego gracza, z którym los połączy nas wspólnym celem. Mogę tylko sobie wyobrazić co dzieje się z dobrze znaną i taktycznie ułożoną ekipą jednej gildii.

skomentuj

Tydzień temu Sony udostępniło demo/trial gry

Destiny w wersji dla PS4. Dają za darmo, więc postanowiłem sprawdzić. Moje dotychczasowe doświadczenia z tym tytułem sprowadzały się do kilkunastominutowego szwendania się podczas wakacyjnych betatestów na PS3. Zapamiętałem ładne widoki i niezbyt nachalną liczbę wrogów. Pomyślałem wtedy – to jest dobre, szkoda tylko, że to szuter.

Najpierw ściągnął się pakiet ok. 200 MB, który dodał tytuł do głównego menu konsoli. Pomyślałem – czyżby to był ten słynny i od dawna zapowiadany system PLAYGO? W końcu można będzie ściągnąć nieduży pakiet i od razu rozpocząć rozgrywkę, podczas gdy reszta sukcesywnie będzie pobierana w tle. Po uruchomieniu gry do listy plików pobieranych dodała się aktualizacja ważąca jakieś 2,7 GB. Pomyślałem – spoko, niecałe trzy gigabajty wyglądają bardziej rozsądnie, poczekam. Udałem się do Mordoru, podręczyć orków.

Kiedy już wszystko było zainstalowane, moim oczom ukazały się piękne artworki i bardzo rozczarowująca informacja – nie zagram, nim Destiny nie pobierze kolejnych kilkunastu gigabajtów. Takie przeznaczenie.

skomentuj

Jak donosi nasz pszczyński

korespondent, Dragon Age: Inquisition w transporcie kurierskim wymaga specjalnych opakowań. Nie jest mi znany powód potrójnego buforowania przesyłki, ale jedno jest pewne – nikt nie spodziewa się hiszpańskiej inkwizycji.

skomentuj

Chyba

wszyscy, choćby minimalnie otwarci na gry spoza segmentu AAA, mieli okazję w ostatnich dniach usłyszeć o This War of Mine. Produkcja warszawskiego 11 bit studios miała genialnie i subtelnie prowadzony marketing przedpremierowy. Trailer z Zegarmistrzem Światła, albo piątkowy filmik z autentycznymi wspomnieniami z wojny bałkańskiej – majstersztyk. Każda gra potrzebuje reklamy, postanowiłem zweryfikować, jak ten tytuł się obroni po tak dobrej kampanii.
Założenie jest interesujące – przetrwać we współczesnym okupowanym mieście świata zachodniego. Nie jako snajper, szpieg, komandos czy nawet zwykły piechociarz. Będziemy mieli okazję patrzeć na konflikt zbrojny z perspektywy kucharza, nastolatki o trudnym dzieciństwie albo byłego piłkarza. Wyjątkowa okazja by spróbować przeżyć koszmar wojny jako zwykły człowiek.

Zagrałem raz i nie wiem czy wrócę do tego tytułu. Udało mi się przetrwać 10 dni czasu gry. Dziesięć dni wypełnionych budową łóżek i piecyków, przygotowywaniem posiłków, przerabianiem znalezionych różności na opał, spaniem, jedzeniem, nasłuchiwaniem radia. Dziesięć nocy, podczas których udawałem się w na poszukiwania wszelakich dóbr, spotykałem podobnych mi bezbronnych ludzi starających się znaleźć cokolwiek do jedzenia. Zdarzyło się trafić na bezwzględnych bandytów. Bywało, że sam musiałem stać się jednym z nich.

This War of Mine jest przejmujące, dołujące, przygnębiające. Jest antywojennym manifestem, który oddziałuje bardzo mocno na długo po zakończonej rozgrywce. To coś znacznie więcej niż gra video.

skomentuj

Gry dla Dorosłych na marszu niepodległości?

Nie dosłownie, ale pewien epizod był.
Oglądając przy obiedzie relację z dorocznej zadymy narodowej zauważyłem, że Artur Zawisza, mój ulubiony polityk w kategorii „nikczemny wąs patrioty” dosyć często sięga po telefon. Zerknąłem na twittera spragniony informacji z pierwszej ręki, z samego czoła frontu. Musiałem odpisać, a jako, że aktualnie mam w telefonie skonfigurowanego twittera jedynie jako games4adults, to właśnie Gry dla Dorosłych wdały się w polemikę z pierwszymi wąsami RP. Najbardziej interesujące jest to, że mi odpisał.

Patologiczna sympatia do pana Zawiszy nie trwa od wczoraj, musicie wiedzieć, że 5 lat temu mój SMS na jego temat dostał się do Szkła Kontaktowego.

[link]

skomentuj

Mówili – to będzie

sandboks, mówili – po Mordorze będziesz sobie swobodnie podróżował. Teren taki obejmuje mapa pierwszej części Shadow of Mordor ogranicza się do kotliny Udun. To jest ten mały fragmencik znajdujący się w północno-zachodnim rogu krainy ciemności. W drugiej cześć gry dochodzi podobno nowa mapa, być może będą to bardziej przestrzenne tereny na południu, ale nie wiem czy ja tego dożyję.

skomentuj

Wczoraj mieliśmy pierwszą środę

miesiąca, wypadało więc niezwłocznie po przyjściu z pracy uruchomić PS4 i ściągnąć nowości dostarczane w ramach PS+. Niestety w sklepie ciągle widniały „rarytasy” z poprzedniego miesiąca. Oddaliłem się w stronę cienia Mordoru. Ciekawostka jest taka, że gram dość spokojnie, można by powiedzieć, że delektuję się, gdyby nie to, że faktycznie jest to męka, ale średnio wpadają mi dwa pucharki dziennie. Muszę przyznać, że dobór trofeów w tej grze jest bardzo dobry.

Późnym wieczorem znów udałem się w stronę PS Store i ku mojemu zaskoczeniu listopadowe gratisy już były dostępne. Pierwszy ściągnął się SteamWorld Dig. Początkowe 19 lat życia spędziłem niewiele dalej niż kilometr od KWK Siersza, a kolejne 15 lat jakieś 2 kilometry od KWK Wujek. W między czasie kończyłem szkołę średnią przy KWK Janina. Jednak najważniejsze doświadczenia górnicze posiadłem podczas setek godzin z Minecraftem. Lubię i szanuję drążenie w ziemi. Pograłem przez godzinę i chyba wrócę. Podoba mi się Weird Westowy klimat, mechaniki są akceptowalne, choć wolałbym skupić się na kopaniu, a nie skakaniu po platformach niczym Ron Jeremy po przekwalifikowaniu się na hydraulika. Jest spoko, dałbym za tą grę 5 złotych.

Drugi tytuł to The Binding of Isaac: Rebirth. Chwilę pograłem, doszedłem nawet do bossa, ale nie udało mi się go pokonać. Nie umiałem się przyzwyczaić do strzelania czterema różnymi przyciskami. No ale nawet jeżeli bym się przyzwyczaił to co z tego? Wydaje się, że nawet na Atari 130XE w 1992 roku taki tytuł nie przyciągnął by mnie na dłużej. Wyobrażam sobie jednak sterowanie dwoma joystickami – jednym się poruszasz, a drugim wybierasz kierunek strzału po pół roku treningu możesz latać myśliwcem. Najciekawsze, że gra podobno jest oparta na historii biblijnego Abrahama, a konkretnie psychicznym torturom jakie mu swego czasu ufundował bóg. O rly?

Trzecia i ostatnia gra to Escape Plan. Niestety ważyła najwięcej i nie zdążyła się pobrać kiedy mówiłem Playstation dobranoc.

skomentuj

Niedługo miną 3 tygodnie mojej męczarni z

Shadow of Mordor. Mam kilkanaście procent fabuły, mam kilkanaście godzin na liczniku. Cierpię z każdym włączeniem tej gry, nie pamiętam żebym choć raz ugrał 2 godziny za jednym posiedzeniem.
Wczoraj nastąpił przełom. Zabiłem pierwszego z głównych wodzów i wydaje mi się, że powoli zaczynam łapać o co tam chodzi. Wykształciłem nawet przyjemność z zabijania orka przez klasyczną kombinację mordorską, czyli olśnienie energią podczas przeskoku nad jego głową, po czym następuje grad ciosów mieczem, który prowadzi do wybuchu jego czerepu. Nie dość, że onieśmiela kamratów ofiary to jeszcze powoduje odzysk życia.

Ciekawi mnie jakie jeszcze zdolności mogę odblokować u bohatera i chyba to jest jedyny powód abym kontynuował rozgrywkę. Biegam więc dalej po zadymionej i burej krainie, o wielkości nie przekraczającej czwartej części dowolnie wybranej marchii prowincji Skyrim, o terenie tak zróżnicowanym jak blokowisko z wielkiej płyty. Biegam i marzę, że nadejdzie czas na grę, w której gandalfopodobny bohater będzie mógł przemierzać całe Śródziemie. I nie będzie żałował mocy swego kostura.

Tymczasem pojawił się Hobbit: The Desolation of Smaug w wersji rozszerzonej (3 godziny i 6 minut).

skomentuj