Niewielu z nas chodzi jeszcze po tym

świecie. Może kilkunastu. Połowa kuśtyka, reszta porusza się na wózkach, wszyscy zaś dawno przekroczyli setkę.

Ostatni z ludzi – gatunku skazanego na wymarcie, którego nikt nie zdążył wpisać do Czerwonej Księgi IUCN. Beletrystyczne przepowiednie Phyllis Dorothy James sprawdziły się, ludzkość utraciła zdolność prokreacji. Zostało nas kilkunastu.

Przetrwała garstka staruszków spośród tysiąca, którzy zasłużyli lub wykupili sobie możliwość zakonserwowania swojego żywota w domach, a raczej supernowoczesnych twierdzach. Nazywały się Tecta, były ekstremalnie drogie. Nie wyobrażacie sobie poziomu inflacji w świecie, w którym liczba konsumentów zmierza liniowo do zera. Bajeczne bogactwo nie było jedynym kryterium przetrwania, sporą grupę stanowili naukowcy, którzy opracowali budowę oraz wyposażenie Tecty.

Samowystarczalne energetycznie, w pełni zautomatyzowane, wyposażone w zrobotyzowaną sale operacyjną, szklarnię, drukarkę molekularną i wszelkie luksusy. Tecty pozwoliły nam komfortowo przeczekać zawieruchę jaka rozpętała się gdy na stary, bogaty zachód przyleciała względnie młoda i głodna szarańcza. Owady żyją krócej niż ludzie. Wykluczając termity, którym udaje się doczekać pięćdziesiątki. My przetrwaliśmy prawie trzy razy dłużej.

Większość z nas i tak wybierała samobójstwo. Ostali się wybrani z wybranych. Szkoda tylko, że mój najbliższy żywy sąsiad mieszka prawie 600 km stąd. Przetrwaliśmy by wciąż zadawać sobie pytanie – dlaczego?

#hayflick #leon #MariuszOsiński

skomentuj

Jeszcze raz na temat Dying

Light. Kirk Hamilton z Kotaku skompilował bogata kolekcję graffiti zdobiących ulice Harranu. Co ciekawe mamy tu praktycznie same tagi i logosy, brak murali, brak klasycznego street-artu, którego w grze jest przecież całkiem sporo. Dość liczne są choćby podobne Banksy’emu czarno-białe pomazańce z szablonu. Wybór daje jednak pewną orientację w poziomie detalu i realizmu jaki osiągnęli twórcy DL.

Więcej na -> www.kotaku.com.au

skomentuj

Przygoda z Dying Light dobiega

końca. Niestety gra nie pozwoliła mi się scalakować. Liczne błędy i glitche graficzne czy dziury w mapie okazały się mniej irytujące niż uszkodzony system zdobywania trofeów oraz statystyki, które się nie aktualizują. Skontaktowałem się nawet w tej ostatniej sprawie z Techlandem i dostałem bardzo ciekawą odpowiedź: „Statystyki mogą wariować jeżeli wyłączasz konsole bez poprawnego wyjścia z gry”. Przyznajcie się… kto z was poprawnie wychodzi z gry przed wyłączeniem konsoli?

Podobno lada chwila ma wyjść patch 1.0.3 i załatwić te problemy, ale jest już za późno, raczej nie preorderuję już kolejnej gry od Techlandu. Na pewno ją jednak kupię, bo DL sprawiło mi wiele radości przez te 47 godzin.

Po ukończeniu i zrobieniu czego się da rozpocząłem „nową grę plus” celem pomagania innym graczom w fabularnym co-opie. Szybko mi przeszło, do multi nie przyciągnął mnie na dłużej nawet dość ciekawie pomyślany tryb „Be The Zombie”. Jednak z tego wszystkiego nasunął mi się zupełnie inny wniosek. Pamiętacie jak narzekałem na kukłowate manekiny, które podstawiono za zombie?

W miarę upływających godzin z grą garnitur zombiaków staje się coraz bogatszy. Poza pierwszymi godzinami gry nie zdarzyło mi się narzekać na monotonię w tłumie zombie. Gra wita nas bardzo szczegółowo odwzorowanym blokowym mieszkaniem wraz z przyległościami, ale sedno czyli zarażeni stanowią kopypastowane hordy łysych pań w bieliźnie. Na ogół są one pozbawione przynajmniej jednej kończyny górnej. Kradły antyzynę i zadziałał postapokaliptyczny szariat? Może one wszystkie naraziły się Raisowi? Dla rozpoczynającego przygodę gracza stanowią one oczywiście wyzwanie, bo deską czy rurką nie gra się łatwo, ale pierwsze wrażenie można przeżyć tylko raz.

Zadziwia mnie, że w tak dużej produkcji popełniono prosty błąd jakim jest częściowe urżnięcie efektu WOW. Zauważam też poważne braki w balansie rozgrywki – dlaczego gra pauzuje kiedy gracz grzebie w plecaku? Dlaczego zombiaki mogą go zjeść kiedy używa wytrychów, ale wpada w kieszeń czasoprzestrzenną chcąc wykonać sobie apteczkę czy elektryczny sierp? Nie mogę tego zrozumieć, podobnie jak konstrukcji UI w menu. Jeżeli lubicie skrolowanie długaśnych list, bez możliwości choćby skakania pomiędzy sekcjami, to DL bardzo wam się spodoba. Zaś barokowy nadmiar komponentów, broni i zasobów tłumaczę sobie krótkim czasem od wybuchu apokalipsy oraz stosunkowo małą liczbą ocaleńców na tym obszarze.

Drogi Techlandzie, gdybyś szukał konsultanta/testera to wal śmiało.

#dyinglight #techland #ps4

skomentuj

Postanowiłem odreagować wczorajszą grozę

związaną z uszkodzonymi indeksami w bazie danych, którą administruję. Coś mi się należy – naprawianie tabeli o rozmiarze 127 GB to orka na ugorze, nawet na 8-rdzeniowym Xeonie.

Dawno nie miałem okazji obcować z królową gier – Civilization, jednak chodziło o najlepszą jej wersję czyli dwójkę z 1996 roku. Niestety, choć jest to już aplikacja windowsowa to ma poważny problem z odpaleniem się na współczesnych systemach, szczególnie 64-bitowych. Na szczęście posiadam Win7 w wersji adekwatnej dla Civilization II. Trafiłem na drugi link z googla czyli: [link] – ściągnąłem te 16 MB szczęścia i jak widzicie na załączonym obrazku zdążyłem nawet doturlać mój Rzym do pierwszej fazy rozkwitu.

Poza tym w domu finalizuję powoli Dying Light, ukończyłem 92% fabuły i ciągle jest fajnie. Mógłbym odrobinę ponarzekać na pewien drobny aspekt, ale nie chcę (jeszcze bardziej) zrażać do siebie mimoz uczulonych na pseudospoilery. Powiem tylko, że sceny wizyjno-narkotyczne, takie jak w Far Cry 3 czy Dishonored mnie nużą po 2 minutach ;P

Wczoraj miałem też okazję po raz pierwszy gościć na Pog(r)adajmy w katowickiej Cybermachina i mimo, że byłem tam zdecydowanie najstarszym graczem to w ogóle tego nie czułem i bardzo mi się podobało. Mam nadzieję, że zobaczymy się za miesiąc. Definitywnie Jestem geekiem :)

skomentuj

I po

weekendzie. Skusiłem się i ściągnąłem betę Battlefield Hardline. Ile czasu zajęło mi granie?
A) nawet tego nie włączyłem,
B) przerwałem rozgrywkę w połowie pierwszej operacji,
C) wkręciłem się, kupuję pełną wersję!

Nagrodą w konkursie jest duży spoiler z Dying Light, która zgodnie z przewidywaniami zrobiła się teraz nieco trudniejsza. W slumsach mało jest typów z karabinami maszynowymi, znacznie trudniej też spaść z czwartego piętra. Niestety pojawiło się też kilka szuterowych zadań a’la Hardline – jak na przykład czyszczenie kilku pięter biurowca z całkiem żywych i uzbrojonych w broń palną wrogów. Coś czuję, że niewiele mi już tam zostało do końca.

Z jakże bogatej lutowej oferty PS+ udało mi się na razie włączyć Apotheon. Ogarnął mnie smutek. Gra wygląda bardzo ładnie, spójna stylistyka wzorowana na antycznym greckim malarstwie do tego nienaganna fizyka. Dam głowę, że twórcy odrobili zadanie i przeczytali najbardziej rozbudowane wydania mitów, co wróży ciekawą historię i barwnych bohaterów. Niestety nie udało im się mnie przyciągnąć do tego dzieła na dłużej. Winię za to „Call of zombie”. Wiem, że autorzy z Alientrap się postarali, a ja potraktowałem ich grę niczym kęs darmowego serka w głównej alejce supermarketu.

Miałem własnoręcznie wykonane kilka ilustracji do tego posta, ale zapomniałem je sobie udostępnić z konsoli , musiałem więc podkraść coś z sieci. Oto gatunek zombie o nazwie Demolisher, dla zmyłki w polskiej wersji językowej nazywa się Mutant. Gwarantuje on bardzo przyjemne, długie walki, nierzadko okraszone znacznym spadkiem punktów przetrwania.

Dodatkowe info dla tych co zaspali – dziś wraca TWD!

skomentuj

Stare

Miasto, Stare Miasto,
Wiernie Ciebie będziem strzec,
Mamy rozkaz Cię utrzymać,
Albo w gruzach twoich lec:

Witamy w krainie,
W której Zombie ginie!

Jak widać poczyniłem pewne postępy w fabule. W slumsach zostały mi 3 misje poboczne, z czego 2 to banalne zbieractwo, a trzecia jest ostatnim segmentem misji dla bliźniaków (wzorcowi Mruck Brothers). Rozwinąłem się też do poziomu pozwalającego na użycie kotwiczki – uznałem, że najwyższy czas by śmigać dalej.
Końcówka wydarzeń w slumsach okazała się dość nerwowa, fabuła Dying Light nie jest aż tak miałka jakby się wydawało. Dodać do tego ciut więcej patosu i mielibyśmy średnią dramatyczną wyznaczoną przez Call of Duty ;)
Obawiam się, że to co napiszę w tym akapicie może być przez wrażliwszych uznane za spoiler, ale przyrzekam owinąć słowa w grubą warstwę bawełny. Kto pamięta wydarzenie, którym wita nas The Biggest Little City in the World w grze Fallout 2? Na ogół jest to oczywiście stan chwilowy, ale w każdej grze wywołuje u mnie poczucie poważnego dyskomfortu.

No i jesteśmy na starówce. Jakby ktoś myślał, że typowy stambulski pejzaż to Hagia Sophia, minarety oraz syfiaste bazary to polecam pogooglać, na przykład taki obrazek dość dobrze oddaje klimat drugiego brzegu miasta Harran: skomentuj

Wspiąłem się wczoraj na te duży

mostek. Wiecie, taki harrański Golden Gate. Chwilę kombinowałem szukając sensowne drogi na górę, nie znalazłem, wybrałem więc spacer po linie. Później odwiedziłem youtube, okazało się oczywiście, że są inne sposoby. Ale czy lepsze?
Polecam dokładną penetrację mostu, zachęcam też do drobiazgowego przeczesywania każdego fragmentu mapy. Najczęściej znajdziesz kawę, alkohol i papierosy – też miło, ale nie jest trudno wpaść na projekt wyjątkowo brutalnej dopałki, albo unikalne narzędzie zagłady. Wczoraj zupełnie przypadkowo znalazłem miecz klasy legendarnej i to nie tylko dlatego, że zabija trzy razy skuteczniej niż przeciętna siekierka, z którą biegam. Wygląd, nazwa oraz sposób jego pozyskania nawiązuje w klasycznej legendy i to w dość zabawnym stylu.

Nie wiem czy to brak szybkich podróży czy mój myszkujący sposób bycia, ale gra rozpieszcza, zasobów jest bardzo dużo. Ani przez chwilę nie miałem problemu ze znalezieniem komponentów czy nowych broni. Wczoraj zrobiłem nawet wieżową wyprzedaż – pozbyłem się 3 karabinów i dwóch pistoletów. Amunicji też mam w bród (bo nie strzelam). Spotkałem się z opinią kolesia, który pierwszego gnata spotkał mając ukończone 60% fabuły. Nie mam pojęcia jak można tak zmarnować potencjał sandboksa.

Z głównego wątku ukończyłem dopiero 4 misje i około 20 zadań pobocznych. Planuję wykonać je wszystkie. Od zawsze wyznaję w grach zasadę, że kiedy jest ciemno to się śpi. Powoli nabieram śmiałości na ponowne spotkanie z nocnymi szkaradami. Przestał przeszkadzać mi dubbing. Nie traktuję tej gry do końca poważnie, ale już zupełnie poważnie – jestem jej wielkim fanem.

skomentuj

Siedem godzin i 22% ukończenia fabuły – mój

niezbyt wyśrubowany wynik pierwszego weekendu po premierze Dying Light. Nigdy nie grałem dłużej w serię Dead Island. Widziałem, znałem, nawet mogę przyznać, że szanowałem, ale nie ukończyłem choćby jednej misji. Nie miałem pojęcia czego można się spodziewać po najnowszym tytule Techlandu.

PARKOUR
Dying Light na pierwszy rzut oka wygląda jak Mirror’s Edge sprofanowane milionem wiader zgniłych flaków. W Harran nie znajdziesz jednak czerwonych rur, nie uświadczysz podświetlających się krawędzi, nie migną ci ikonki podpowiadające „skacz, teraz to się uda!”. Wybór miejsca do dokonania skoku jest czysto intuicyjny. Trzeba wiedzieć która akcja wyjdzie, a która nie. Szczególnie niebezpieczne są wspinaczki na wysokie obiekty – gra w początkowej fazie nie wybacza błędów. Trzeba ciągle patrzeć pod nogi. No chyba, że do celu prowadzi akurat inna droga. Wolność jest pełna.

SURVIVAL
Zaskoczyła mnie mnogość broni, pasujących do nich modyfikacji oraz ulepszeń. Jest tego naprawdę sporo, zabijać można efektownie i efektywnie. Bardzo przyjemnie się zbiera wszelakie dobra materialne, które znajdują się w całkiem zróżnicowanym wachlarzu kontenerów. W mieście mamy obfitość pierdół ważnych z punktu widzenia craftingu (sznurki, taśmy, szpeje i dinksy), ale znalezienie broni palnej czy też amunicji już takie łatwe nie jest.

MIASTO
Harran leży w Turcji. a więc najbardziej europejskim kraju bliskiego wschodu. Pierwsze rozpoznanie okolicy buduje jednak wrażenie, że penetrujemy brazylijskie fawele. Mikrodomki z nieotynkowanych pustaków, przerdzewiała blacha falista, dobudówka do przybudówki, a do tego wszystkiego dostawiona szopa podparta kijem. Rasowy syf – ta okolica przed apokalipsą nie mogła wyglądać jakoś specjalnie lepiej.
Sama tkanka miejska wydaje się sensownie zaprojektowana. Mamy ciasne uliczki, zaropiałe kanały i mostki, ponad tym mrowiskiem wiją się autostradowe estakady. Są wielkopłytowe bloki, magistrale kolejowe, tereny zielone. Podobno w dalszej części gry przebijemy się do bogatego śródmieścia.
W sumie najwięcej przyjemności dało mi eksplorowanie odludnych terenów. Przy okazji zbierania lawendy (dla zabicia smrodu zombiej zgnilizny w naszej bazie) znalazłem całkiem rozbudowany kompleks jaskiń.
Minimapa nie przeszkadza, nie jest zbyt szczegółowa, nie mamy na niej oznaczonej, ubisoftową modłą, każdej jednej skrzynki. Trzeba się rozglądać.
Niezbyt zróżnicowane są wraki pojazdów, nie liczyłem, ale mam wrażenie, że po ulicach biednej dzielnicy poruszały się maksymalnie cztery modele samochodów. Jak w PRL. Za to można swobodnie nurkować :D

BUGI
Na razie dwa, najpierw wessała mnie do środka furgonetka, kiedy tuż obok niej, całkiem spokojnie, obijałem nerki jakiemuś zombiakowi. Oczywiście nie mogłem się z niej wydostać, musiałem wyjść z gry i załadować ponownie. Drugi błąd był bardziej spektakularny, spadając z wieży radiowej udało mi się przebić skorupę ziemską i wylądowałem w wodach podskórnych, widząc nad głową przekrój całego świat. Dopłynąłem do wybrzeża by móc w dobrym zdrowiu powrócić z tego Hadesu do świata żywych nieżywych.

FABUŁA
Niby trzyma się wszystko kupy, ale bądźmy szczerzy – nie jest to najmocniejszy element gry. Główny bohater to jakiś komandos, nie za wiele o nim wiadomo i nie spodziewam się aby jego historia była pogłębiona. Atmosfera nawiązuje raczej do półpastiszowego klimatu serialu „Z Nation” – nie liczcie na dramaty rodem z „The Walking Dead”. Polski dubbing trzyma poziom i jest tradycyjnie chujowy. Nie wiem na czym to polega… czy scenarzyści, reżyserzy i aktorzy serio uważają, że ktokolwiek rozmawia w taki sposób? Polecam posłuchać choćby Matysiaków – da się zagrać konwersujących ludzi i nie musi to być ekstremalnie sztuczne. Najgorsza jest nasza szefowa, mówiona przez Elżbietę Jędrzejewską. Nie mogę teraz tego wygooglać, ale na moje ucho grała też Augustine w inFamous:SS. Kij w dupie i kwintesencja emfazy. Nie wierzę tej kobiecie ani na jedną sylabę.
Być może najlepszy wyjściem byłby dubbing angielski, ale tylko z mocnym turecko-arabskim akcentem.
Na szczęście nie jest to The Last of Us, nie jedziemy do Harran żeby się wzruszać i przeżywać dramaty. Gra posiada mnogość misji pobocznych, które oczywiście można nazwać fedeksowymi, ale moim zdaniem dobrze pasują do przedstawionego świata. Na pewno nie przeszkadzają w zabawie.

MUZYKA
Dlaczego osadzając grę na Bliskim Wschodzie autorzy zdecydowali się na uszczknięcie z bogatej tradycji muzycznej tego regiony jedynie podczas loadingów? Muzyka w grze jest bardzo zachodnia, przypomina tło muzyczne popularnonaukowych programów we wtorkowych segmentach Telewizji Edukacyjnej. Jest elektrycznie w chwilach relaksu, bywa strasznie podczas zagrożenia. Jest zaledwie poprawnie.

WERDYKT
Jeżeli miałbym do czegoś porównać Dying Light to będzie to Fallout New Vegas. Dziwne, nie? Też mi się to wydaje kontrowersyjne, ale w mojej opinii to gry o dość podobnej śmieszno-strasznej atmosferze, z rozbudowanym wątkiem zbieracko-eksploracyjnym, osadzona w podobnej, brunatnej, stylistyce rozkładu. Ocena końcowa: 0,85 FNV.

skomentuj