O czym dzisiaj piszą ludzie około

dwudziestki interesujący się grami? O niczym. Po pierwsze – nie piszą, bo nagrywają filmy, w większości niebędące refleksją ani recenzją, tylko prześmiewczym opisem (…). Po drugie – nie piszą tekstów krytycznych, tylko newsy, zapowiedzi, klickbaity. Wiedza o grach poprawiła się, ale sposoby docierania do odbiorców – ztabloidyzowały. Chcesz przetrwać – musisz pisać to, co się czyta, tfu, klika. (…) Z trudem mogę uwierzyć, że jedyne, co dziś umieją powiedzieć młodzi ludzie o najpopularniejszym medium w ich kategorii wiekowej, to rechot nad Minecraftem czy LoLem albo rozważania o wyższości konsoli Sony nad konsolą Microsoftu.”

Skupiam się głównie na konsolowych AAA. Gry pecetowe i określane mniejszą liczbą pierwszych literek alfabetu wciągają mnie na 1-2 godziny. Za mało aby się rozczulić. Na ogół nie piszę newsów, raczej refleksje, rozważania. Nie zbliżam się nawet do tzw. krytyki. Jestem przy tym niepraktykującym (już) fanatykiem Minecrafta, który nigdy nie grał w LOL-a i posiadał konsole z obu stajni.

Hm, ale przecież ja nie jestem około dwudziestki. Nie muszę niczego udowadniać.

Więcej na -> technopolis.polityka.pl

skomentuj

AC:Unity wita nas ważącą

6,5 GB aktualizacją. Najsłynniejszy koszmarek z prologu został oczywiście poprawiony. Odnotowałem jeden mały problem z detekcją kolizji, ale w paryskim tłumie o stłuczkę (a raczej przenikanie) nie trudno. Pograłem może 2 godziny – mało, jednak już teraz wydaje mi się, że Unity jest najlepszym z niepirackich Assasynów.

Tutaj powinna nastąpić długa lista niedociągnięć, jest ich naprawdę sporo, ale nie kręci mnie kopanie leżącego. Unity jest dobrze wyreżyserowane, dzieje się w niesamowitym mieście, w bardzo ciekawych czasach. Będę informował jak to się dalej rozwinie.

skomentuj

Rockstar opublikował wczoraj dość niesamowite

grafiki z GTA V w wersji PC. Nie jest to co prawda gameplay, ale podejrzewam, że naodpowiednio dopasionym komputerze gra będzie wyglądała naprawdę nieprzeciętnie. Ciekawe są komentarze pod newsem na stronie Rockstara. Co trzeci to pytanie „u mnie pójdzie?” okraszone skrótem specyfikacji, na którą składają się absolutnie tajemnicze dla mnie hieroglify skomentuj

Cały dzień z GTA

Online. Zaczęło się od tego, że moja postać na 9 poziomie, przeniesiona z X360, musiała być rozwinięta o trzy oczka, aby w ogóle móc wziąć udział w wieloosobowych napadach. Aktualizacja była wyczekiwana od prawie roku. Sporo czasu, ale zawsze krócej niż sami wiecie z czym :)
Od rana bawiłem się w sieciowym Los Santos. Wszystkiego po trochu i w ciągu 2-3 godzin, na pełnym luzie, zacząłem odpowiadać na zaproszenia do napadów. Nie były one oczywiście kierowane specjalnie do mnie. Mogę powiedzieć, że przez większość czasu byłem najmniej doświadczonym graczem w instancji. Poziom graczy oscylował zazwyczaj pomiędzy 50 a 150. Raz zdarzyło mi się grać w tenisa z kolesiem na poziomie 848. Nie wyobrażam sobie nawet ile to musi być godzin.
Pierwsza z misji przygotowawczych udała mi się gdzieś po 15-stej próbie. Za każdym razem albo było za trudno dla nooba z półautomatem, albo trzeba było się skradać, albo ktoś wyszedł, albo ktoś usnął… życie codzienne w MMO. Nigdy tego nie zaznałem, nie miałem się do czego odnieść (poza Ogame), więc byłem cierpliwy. Przez cały ten czas nie zawiodła infrastruktura sieciowa, nic się nie rozłączyło. Czekania było sporo, jednak raczej z winy graczy, do ostatniej chwili wybierających kolor i fason spodni.
Pierwsza ukończona misja polegała na dojechaniu z centrum Los Santos na lotnisko McKenziego, aby porwać samolot ucieczkowy. Droga długa, można było się zabrać z kimś albo śmigać samemu. Przy tej okazji miałem okazję zobaczyć najróżniejsze style jazdy. Lotnisko było solidnie chronione, po chwili przyjeżdżały posiłki i flankowały. Nie było bardzo ciężko, ale trzeba jakiś tam poziom ogarnięcia reprezentować. Mieliśmy tylko jedno zapasowe życie na całą czteroosobową drużynę. Po walce jedna z osób wzięła samolot i udała się na LSI, a reszta czekała. Kiedy prezesowi udało się bezpiecznie wylądować cała banda została przeniesie obok niego, a misja zaliczona. Od razu rozpoczęła się strzelanina podczas, której zginąłem z rąk kumpli. Ze trzy razy, sam zabijałem dwa razy. GTA Online.
Pozostały jeszcze dwa etapy przygotowawcze i sam napad. Następnym krokiem powinna być kradzież więziennego autobusu, który posłuży do odbicia ziomka. Cała sekwencja wydaje się bardzo atrakcyjna, element wieloosobowości sprawia, że akcje mogą być ciekawsze niż tłusto oskryptowane Heisty z wątku głównego. Jeżeli jednak nie posiadamy zgranej ekipy to napady stają się męczarnią. Czwarte podejście do długiej, składankowej sekwencji z podłożeniem bomby IEM w jakimś laboratorium jest szalenie frustrujące. Szukanie ogarniętych towarzyszy odbywa się po omacku i jest chyba największą wadą tej gry. No chyba, że się posiada ich już wcześniej…

skomentuj

Mam

nadzieję, że jeszcze przed weekendem przekonam się czy najbardziej widowiskowe glitche w historii Francji są już poprawione.

skomentuj

Ilustrację wpisu wykonałem w trakcie niezwykle

atrakcyjnego wizualnie fragmentu gry. Przemieszczanie się po elementach konstrukcyjnych zawieszonego gdzieś nad Londynem sterowca było mocno eksponowane już we wczesnych materiałach promocyjnych. Plastyczne cienie, efekty atmosferyczne, dynamika kadru – w grze wszystko wydawało się perfekcyjne. Zatrzymana klatka, którą tutaj widzicie, stanowi doskonałe podsumowanie mojej oceny The Order: 1886.

Najmniej istotnym mankamentem Zakonu jest, zupełnie przeciwnie do obiegowej opinii, jego długość. Historia została opowiedziana za pomocą czterech dużych misji. W klasycznej grze stanowić by to mogło pierwszy z dwóch, góra trzech, aktów. Nastawiałem się, że siadam go gry na 4-5 godzin, finalnie posiedziałem przy niej 4 wieczory po 2-3 godziny. Wcale nie za mało.

Historia w kilku momentach sprawiła wrażenie dojrzałej, opowiedzianej za pomocą środków wyrazu jadalnych dla gracza 25+. Niestety fundament fabuły stanowią wprawiające w zakłopotanie banały. Prawi i sprawiedliwi rycerze walczą z rebeliantami, potem z wilkołakami, wampiry tworzą rządowy spisek, pod koniec następuje zdrada i korekta stron. Nie ma w tej opowieści nic co wyzwoliło by emocje, które utrzymają się w umyśle na dłużej niż pięć i pół sekundy.

Początkowo przeszkadzał mi zdecentralizowany widok zza pleców, czyli nawiązując do mowy filmoznawczej: półzbliżenie odtylcowe. Przyzwyczaiłem się po 2-3 godzinach. Nie mogłem się za to przystosować do ciągłych niekonsekwencji. Bohater pojawia się w grze w kilku wariantach motorycznych:
– tylko chodzenie,
– chód i bieganie,
– chodzenie i strzelanie,
– full opcja czyli chód, bieganie i strzelanie,
– skradanie się.

O ile mogę wybaczyć to, że nie możemy wyjąć broni w kwaterze głównej i rozwalić wszystkich dziadków przy okrągłym stole (w zasadzie czemu nie?), to jest dla mnie kuriozalnym fakt, że bieganie jest udostępniane graczowi tylko w określonych sytuacjach. Największy absurd stanowi pewien skradankowy etap, w którym bohater z nieśmiertelnego, przedwiecznego rycerza nagle zamienia się w dupę wołową, padającą od jednego strzału z cieciowego pistoletu.

Sprzeczności to największy wróg projektanta gry. Co z tego, że całość wygląda i brzmi świetnie (na marginesie: to już druga w tym roku gra AAA z Chopinem, podprogowa reklama Pendolino?).

Kupiony w zeszłym tygodniu The Order: 1886 wrócił na Allegro w ciągu godziny od momentu ukończenia fabuły. Kolejna godzina i gra znalazła nowego właściciela. Kosztowało mnie to w sumie nie więcej niż 10 zł. To stanowczo za mało, wyceniam ją na pięć razy tyle. Kiedyś pewnie będzie megahitem PS+.

skomentuj

Pierwszy raz usłyszałem o wąsaczu podczas

targów E3 w 2013 roku. Byłem wtedy pod dużym wrażeniem Dishonored, więc nasycony steampunkiem, wiktoriański Londyn również musiał mnie zainteresować. Entuzjazm opadł rok później, kiedy okazało się, że będzie to trzecioosobowa strzelanka z korytarzykowym światem. Opadał dalej by sięgnąć dna w okolicy premiery – superliniowa gra okazała się gwarantować około 5 godzin rozrywki.

Ostatecznie do The Order: 1886 zachęcił mnie Adrian Chmielarz. Zupełnym przypadkiem, odkąd sam popełnił krótką i oszałamiającą wizualnie grę, sam stał się orędownikiem takowych.

Wąsacz w cywilu nosi imię Grayson, ale my poznajemy go jako Sir Galahada – rycerza okrągłego stołu w tajnej służbie Jej Królewskiej Mości. W skrócie: chłopaki z Camelotu spotykają Jamesa Bonda, a rekwizyty dostarcza młody panicz Tesla. Ot, postmodernizm. Historyjka podobno jest dobra, wierzę na słowo. Do tej pory poświęciłem grze niecałą godzinę, co wydaje się zaledwie szybkim rekonesansem. Niestety może jednocześnie stanowić 20% całości.

Na razie mogę się wypowiedzieć o audiowizualiach. Obiekty onieśmielają poziomem szczegółu. Światła, refleksy, filtrowania, animacje, DOF – wszystko ze sobą idealnie współgra. Chwilę zajmuje przyzwyczajenie się do kinowego formatu 2.40:1 oraz nieco zbyt filmowego ziarna. Już pierwsza potyczka jest dowodem kunsztu twórców. Świst kul, odrzut broni – pełna imersja. Drobnym i dobrym pomysłem jest podpowiadanie ikon przycisków w czarno-białej formule. Nie pozwala zapomnieć, że to film QTE, ale jest bardziej eleganckie niż kolory przycisków Dualshocka opracowane przez japońskich uczonych w czasach gdy królowały dwurzędowe marynarki w najszlachetniejszych odcieniach turkusu i wiśni.

Galahad mówi głosem Joela z The Last of Us, więc ufam mu jak Zawiszy. Reszta ekipy też raczej nie zbierała doświadczenia w „Ukrytej prawdzie”. Polonizacja wzorcowa, można spokojnie wyłączyć napisy i zaoszczędzając kilka procent aktywności mózgu, przy uśpionym ośrodku translacji, skupić się w 100% na obrazie.

Jest na czym.

skomentuj