Stałem się

hazardzistą. Nadmienię, że w życiu pozagrowym nie ekscytują mnie zakłady sportowe, ruletki, jednoręcy bandyci czy całonocne rżnięcie w pokera. Nawet w głupie Lottto zagrałem nie więcej niż 2-3 razy, wiecie – magia hiperkumulacji. Wszystko to nie przeszkadza mi czuć się jak pewien górnik, który wracając z pracy zawsze kupuje w pobliskim spożywczym kilkanaście tanich zdrapek. Wieczorem zasiada przed telewizorem i drapie.

Różnica między nami jest taka, że codzienne podsycanie wiary w wygraną nie kosztuje mnie dodatkowych nakładów finansowych. Jednak ja inwestuję swój wolny czas, a wiele osób zgodzi się, że to znacznie cenniejsze od jakichkolwiek pieniędzy. Siedzę wieczorem przed telewizorem i drapię. A nóż wypadnie coś złotego, w najgorszym razie jakiś mocniejszy fiolet.

Dwa tygodnie temu nie miałem pojęcia co oznacza określenie „trwać w endgame”. Myślałem, że jak się już przejdzie misje fabularne w grze typu Division to pozostają jedynie potyczki pomiędzy graczami. Okazuje się, że nic nie wiedziałem na ten temat. Tak naprawdę chodzi o mozolne powtarzanie tych samych misji z nadzieją, że w końcu trafi się na jakiś nieco lepszy przedmiot czy broń. Przeszedłem Division za pierwszym razem aby dowiedzieć się co tam się stało. Potem przeszedłem to samo na poziomie „trudnym” tylko po to aby dostać kilka wartościowych elementów wyposażenia. Teraz zostaje mi poziom „ambitny”, który jest na tyle wymagający, że bez zgranej i doświadczonej ekipy ani rusz. Podejrzewam, że misja, którą teraz nonszalancko przechodzę w 15 minut, na poziomie ambitnym może zabrać grubo ponad godzinę. To musi być męczące, a najgorsze, że pewnie prędzej czy później i to zaliczę.

skomentuj

Byłem wczoraj u znajomej aby pomóc jej z

komputerem. Klasyczna przypadłość siedmioletniego Windowsa, na którym zbyt często instalowano oprogramowanie ze zróżnicowanych źródeł. Od lat wyznaję zasadę, że system operacyjny starszy niż 2 lata to system, który należy przeinstalować. Dotyczy to zarówno Windowsów jak i OSX. Zmusiłem się jednak do czyszczenia syfu metodami łagodnymi.

Podczas oczekiwania na przeskanowanie komputera kolejnymi programami pojawił się jej 15-letni syn. Dostał niedawno nowy komputer, ale nie działa w nim napęd DVD. Faktycznie system nie widział tego urządzenia. Na tacce leżała płyta z Wiedźminem 3. Pomyślałem sobie – no nie, tak nie może być, trzeba pomóc temu biednemu chłopakowi, który nie grał jeszcze nigdy w Wiedźmina.

Spytałem czy mogę rozkręcić komputer – oczywiście, że tak. Diagnoza trwała 5 sekund. Z płyty głównej był wypięty kabelek SATA łączący ją z DVD. Podłączyłem, zadziałało. Udzieliłem jeszcze poradnictwa dotyczącego kart sieciowych. Wieczór uważam za bardzo udany, w końcu zobaczyć prawdziwy i nieskrępowany niczym entuzjazm to rzecz bezcenna. Teraz będzie trochę smęcenia o tym jak to drzewiej bywało.

Gdy miałem 10 lat musiałem otworzyć każde urządzenie ze swojego otoczenia. Po drodze masę rzeczy zepsułem, ale jako samouk w wieku lat trzynastu potrafiłem skutecznie wymienić kineskop w telewizorze. Miałem problem z precyzyjnym podniesieniem takiego ciężaru, ale nie z połączeniami – zarówno mechanicznymi jak i elektronicznymi. Jako czternastolatek skonstruowałem oparty na COVOX interface z diodami LED, który samodzielnie programowałem w Atari BASIC. Cały czas przy tym miałem wrażenie swojego inżynierskiego zapóźnienia i wtórności tych dzieł.

Teraz już się nie wstydzę.

skomentuj

W Nowym Jorku coraz

spokojniej. Podobno widziano ludzi kierujących się z powrotem do miasta. Mam nadzieję, że to powracający mieszkańcy, a nie wsparcie dla szabrowników. Na ulicach jeszcze tego nie widać, ale to kwestia czasu, zrobimy porządek. Być może nawet niesławna kłócąca się para wkrótce rozwiąże swój spór.

Fabuła ukończona, historia została opowiedziana na tyle na ile to zostało przewidziane w podstawowej wersji gry. Twórcy pozostawili sobie kilka otwartych wątków, z pewnością będą je kontynuować w DLC. Moja postać osiągnęła maksymalny 30 poziom, jedyne co mi pozostało to wykonywanie codziennych wyzwań czyli mozolne przechodzenie doskonale znanych już misji. Być może wpadnie dzięki temu jakiś lepszy kawałek sprzętu. Mój zestaw wydaje się całkiem niegłupi, radzę sobie na ulicy bardzo dobrze, ale krótkie zapoznanie się w ofertami specjalnych sklepów sprawia, że wpadam w kompleksy. Już teraz mogę trafić na prawdziwe skarby, przedmioty wielokrotnie lepsze niż posiadane. Końca nie widać.

Po co to wszystko? To proste, lepsza broń ułatwi nam przechodzenie misji w trybie HARD, a dzięki tym misjom wpadnie jeszcze lepszy sprzęt. I kółko się zamyka. Oczywiście można wykorzystać moc swego karabinu przeciwko innym graczom, ale do tego trzeba mieć odpowiednie predyspozycje. Division to nie manichejski Counter Strike, w którym na dobrą sprawę nie ma znaczenia kim jesteś, czy terrorystą czy stróżem prawa. W Strefie Mroku panują spolaryzowane zasady.

Wczoraj snułem się po mieście w poszukiwaniu zaczepki. Kończyłem jakieś mało znaczące misje poboczne. Robiłem to dla samej przyjemności przebywania w tym świecie, bo zarówno postać jak i moja baza już bardziej rozbudowane być nie mogą. Fanty wypadające z pokonanych przeciętniaków też raczej mnie nie zainteresują. Czasami trafia się bardzo przyjemna misja eksploracyjna. Chodzi o zadania ze skanerami wirusów. Trzeba odnaleźć i aktywować kilka porozrzucanych po budynku urządzeń. Można trafić na bardzo interesująco zaprojektowane lokacje. Wczoraj długo spacerowałem po budynku szkoły, która została zaadoptowana na centrum koncentracyjne zarażonych. Fantastyczne boisko i plac zabaw na dachu. Polecam również park przerobiony na cmentarz. Niestety zadania tego typu mają ograniczony czas, trzeba się spieszyć, a to zabija przyjemność z węszenia po kątach.

Jako, że nie widzę w sobie pasji do pedantycznego cyzelowania broni i pancerza, a czekanie na kwietniowe rajdy to abstrakcja – postanowiłem rozpoznać innego przedstawiciela gatunku MMO 2.0. Typu mam dwa: Destiny lub The Elder Scrolls Online. Pierwszy jest oczywisty i nawet trochę ograny przeze mnie. Co do TESO zaś mam mieszane uczucia. Z jednej strony niezmiernie mnie cieszy powrót do tego świata. Już widzę swojego maga miotającego ogniste kule. Niestety słyszałem, że gra dogorywa. Macie jakieś informacje na ten temat? Ciekawi mnie też czy matchmaking działa tam choć w części tak sprawnie jak w Division. Podobno w pierwszej wersji na PC była bieda i można było wykonywać większe misje jedynie ze znajomymi.

skomentuj

Gram w The Division zaledwie od

tygodnia, a już czuję zbliżający się nieuchronnie horyzont końca. Mam 25 z 30 poziomów rozwoju postaci dostępnych w trybie fabularnym. Zostało mi może z 5 misji wątku głównego. Po maksymalnym rozwinięciu bohatera oraz ukończeniu zadań fabularnych gracz jedynie dostaje możliwość przechodzenia kolejnych misji w podwyższonym trybie trudności oraz realizacji codziennych wyzwań. Nie brzmi to obiecująco. Zostaje wizyta w Strefie Mroku.

Dark Zone jest obszarem unikalnego trybu PvP. Obejmuje tereny w centralnej części mapy, które w wyniku niefortunnych decyzji kwarantannowych stały się siedliskiem występku oraz niewyczerpanym źródłem ekwipunku najwyższej jakości. Nie znajdziemy tam ogranych trybów znanych z innych gier sieciowych jak deathmatch czy capture the flag.

O ile obecność Dywizji – agentów specjalnego zastosowania – na terenach objętych zarazą jest bardzo solidnie uzasadniona, tak mam wątpliwości czy pomysł Ubisoftu na rozgrywkę „gracz przeciwko graczowi” będzie ekscytujący kiedy już uzbiera się swój finalny ekwipunek. Dlaczego agenci, wchodząc do skażonej strefy pełnej najsłodszych fantów, mieli by zwracać się przeciwko sobie? Można domniemywać, że podręcznikowy członek Division niczego nie pożąda tak mocno jak fioletowej kabury czy plecaka. Nie chodzi oczywiście o widoczny gołym okiem kolor ubranka tylko jego klasę unikalności. Twórcy założyli, że będziemy chcieli zabijać kolegów ratujących miasto tylko po to aby otrzymać ciut lepsze zabawki. To wydaje mi się kontrowersyjne.

Oczywiście status targowiczanina nie jest trwały, szkarłatna litera R jak Rogue znika po udanej ucieczce z DZ, po śmierci od kuli wystrzelonej przez prawego agenta lub po prostu po przetrwaniu 5 minut szalonej ucieczki. W najgorszym razie tracimy sporo punktów doświadczenia (właściwego tylko dla Strefy Mroku) i możemy dalej łowić fanty. Coś mi w tej koncepcji zgrzyta.

Pierwsza wizyta w tym miejscu to wielki stres. Wchodząc na objęte kwarantanną ulice trafiamy od razu na duże grupy silnych przeciwników sterowanych przez algorytm. Każdy z nich nosi pancerz i bywa, że rozpracowanie 4 uliczników, którzy poza DZ nie stanowią najmniejszego problemu, wymaga pełnego skupienia. Poza tym pojawiają się tam wrogowie wzmocnieni oraz legendarni – ci z nazwiskami. Najlepsze przedmioty można wyjąć ze specjalnych skrzyń, do których dostęp uzależniony jest od posiadania klucza oraz darkzonowego poziomu postaci. W ciągu godziny udało mi się dobić do levelu 10, więc idzie dość szybko, jednak nie udało mi się otworzyć żadnego z zasobników pierwszego sortu. Te najlepsze obstawione są silnymi grupami walecznych NPC.

Wszystkie zebrane w DZ przedmioty są skażone – nie można ich tak sobie wynieść na miasto w plecaku. Muszą być odkażone, a przed tym wymagane jest podpięcie ich na linie zwisającej z zawezwanego wcześniej helikoptera. To najciekawsze element rozgrywki. Strefy, w których możliwe jest przywoływane helikoptera to najważniejsze miejsca Dark Zone. Tam właśnie koncentruje się aktywność graczy.

Początkowo wszyscy mierzą się wzrokiem, rozglądają na lewo i prawo w poszukiwaniu zagrożeń, dziwnych zachowań. Friendly fire nie obowiązuje tylko członków zorganizowanej grupy. Bardzo łatwo przypadkowo sieknąć niewinnego gracza serią przez plecy podczas odpierania szturmu NPC. Nie trudno się domyśleć, że wezwanie śmigłowca za pomocą flary przyciąga wszystkich okolicznych łotrów. Nie tylko tych sterowanych przez komputer…

Moja pierwsza wizyta w Strefie Mroku trwała około 1,5 godziny. Finalnie wyniosłem pełny plecak sprzętu (7 sztuk), z którego jedna snajperka służyła mi przez dwa dni (jak na standardy tego typu gry to wydaje się baaaaardzo długo). Ile razy zginąłem? Kilkanaście. Najczęściej ginąłem czekając na helikopter. Po śmierci wracałem w to samo miejsce licząc, że uda mi się odzyskać plecak, wzywałem kolejny transport, ostrzeliwałem wroga i próbowałem doczekać zwisu liny. Grając samemu stanowi to nie lada wyzwanie. Choć oczywiście zależy od szczęścia. Można trafić na samarytanina, można na trójcę zorganizowanych bandytów. Strefy podjęcia są zwykle dobrze eksponowane, można je łatwo ostrzeliwać ze snajperek i atakować z kilku stron równocześnie. Podejrzewam, że w trzyosobowej zgranej grupie będzie już znacznie łatwiej (medyk!).

Z pewnością wrócę jeszcze nie raz do Strefy Mroku, nie jest tam tak strasznie jak się na początku wydaje. O ile nie jesteś złym i brzydkim agentem to kary za zgon nie są dolegliwe. Pytanie tylko – po ilu takich rajdach odczuję znużenie?

skomentuj

Miał się tutaj dzisiaj pojawić tekst o moich

perypetiach w Dark Zone. Niestety nie zdążyłem i raczej mi się to dzisiaj nie uda ponieważ nagrywamy z Kolega Literat kolejny podcast. Tym razem będziemy rozmawiać o GMO. A może o MMO? Nie znam się to się wypowiem.

No, a potem wiadomo… czyszczenie NYC. Dopiero level 18 na karku. Jest co robić na mieście.

skomentuj

The Division jest tak

dobre, że od dwóch dni nie miałem nawet czasu by przyjąć tygodniową dawkę mojej ulubionej popkulturowej strawy czyli serialu The Walking Dead. Warto zaznaczyć, że szósty sezon jest wyjątkowo wciągający.
Nie wiem czy w najnowszym odcinku Żywych Trupów pojawił się już Negan, ale wczoraj, w pobliżu nowojorskiej elektrowni WarrenGate, znalazłem niejaką Lucille.

skomentuj

Nic tak nie odświeża zwapniałego umysłu jak

zmiana nawyków. Czasami może to być prosta rzecz, choćby odwrócenie o 180 stopni kontaktów włączających światło w mieszkaniu. Oczywiście najbardziej stymulujące będzie np. przeprowadzenie się odległego kraju i nauczenie się nowego języka, ale na taką reanimację w moim przypadku jeszcze stanowczo za wcześnie. Musi mi wystarczyć The Division.

Wczorajszy wieczór spędziłem na przechodzeniu misji w ekipie randomowych kompanów. System dobierania drużyny działa sprawnie, nigdy nie czekałem dłużej niż kilkanaście sekund. Trudno się dziwić, cały świat teraz walczy z nowojorską ospą. Bez mikrofonu, bez wyszukanej taktyki, w sposób naturalny i nieskrępowany. Każdy wie co ma robić. Nigdy tak nie grałem. Bałem się, że tempo gry wieloosobowej pozbawi mnie możliwości dogłębnej analizy obiektów czy tekstur jakimi twórcy wypełnili świat gry. Myliłem się. Na wszystko jest czas, a radość ze skutecznej współpracy, uleczenie kogoś, czy też zajście wroga z boku podczas gdy zajęty jest wymianą ognia zza osłony to zupełnie nowe uczucie. Co ja robiłem przez te wszystkie lata?

Wciąż trzymam się z daleka od Strefy Mroku czyli miejsca gdzie gracz graczowi wilkiem. Byłem tam raz, na chwilę, sam jak palec i miałem wrażenie, że jest stanowczo zbyt ciężko. Teraz zbliżam się z moją postacią do levelu 20 i czuję się całkiem pewnie.

Kolejne zaskoczenie to zmiana moich nawyków jeżeli chodzi o broń. Naturalnym zestawem wydawała mi się zawsze snajperka i karabinek szturmowy. Dystans, działanie w ukryciu i chirurgiczna precyzja – takie zwyczaje wynosi się po ograniu dziesiątek singlowych kampanii. Tym razem postanowiłem
eksperymentować i okazało się, że najlepiej sprawdza się SMG wyposażone w uchwyt stabilizujący, magazynek przyspieszający tempo wypluwania pocisków oraz czas przeładowania, dość zaawansowaną optykę oraz tłumik. Jak skończy się amunicja, co zdarza się dość często podczas dłuższych misji mimo, że skrzynki uzupełniające zasoby są porozrzucane po całym świecie gry, to przełączam się na LKM. Nigdy w grach nie używałem karabinów maszynowych! Teraz używam, choć ten którym dysponuję nie umywa się do podrasowanego SMG. Ciężkie to i przymulone.

Dlaczego Division, a nie Destiny, Firefall albo H1Z1 czy DayZ? Nie mam pojęcia. W swojej konsumpcji popkultury dryfuję ostatnio w stronę realistycznej i często apokaliptycznej fikcji, a oddalam się od nurtu fantasy/sci-fi/horror. To chyba jedyny powód. Nawet kryminały zacząłem czytać (po 35 latach ignorowania takiej literatury). Kręte te ścieżki, Izajasz w ogóle się nie postarał z prostowaniem.

skomentuj