Miniony weekend sponsorowała literka

D. Bethesda udostępniła betę kolejnej odsłony gry Doom. Złapany w pułapkę nostalgii od razu ściągnąłem grę. Wysokie nasycenie wydarzeniami pozakonsolowymi sprawiło jednak, że miałem okazję uruchomić ją dopiero w niedzielę wieczorem.

Cała moja przygoda z tym odgrzanym w mikrofalówce, a wcześniej wielokrotnie przypalonym kotletem trwałą minutę. Może dwie, nie trzymałem w dłoni stopera podczas loadingów. Wystarczyło, że na drugim lub trzecim poziomie menu głównego zobaczyłem mojego avatara, by przed oczami przebiegły mi wszystkie piękne chwile jakie spędziłem przy Doom 1 i 2 – jakieś dwadzieścia lat temu. Pojedynki w salce informatycznej na komputerach 386 połączonych siecią IPX. Przenoszenie komputera do kolegi, gdzie za pomocą kabla LPT można było stworzyć namiastkę internetu. Wiele pięknych wspomnień, po co w tym grzebać?

Poza tym nie wydaje mi się, abym teraz, roku pańskiego 2016, chciał grać w tak prostą zręcznościową strzelaninkę. Nie przepadam za klimatem gore, fontannami krwi i mięsną architekturą wnętrz. Nie ma w tej grze nic interesującego, poza efektem wehikułu czasu, który przenosi mnie na podmokłą łąkę, przez którą musiałem przenosić wyjątkowo ciężki i nieporęczny monitor CRT. Szczerze mówiąc w tamtych czasach lepiej nam się grało w Duke Nukem 3D albo Rise of the Triad. Niech wszystkie te trzy tytuły spoczywają w pokoju.

skomentuj

Wracasz z

pracy, zjadasz ze smakiem obiad oglądając odcinek ulubionego serialu. Następnie jedną ręką pijesz absurdalnie mocną kawę, a drugą sięgasz po pada i odpalasz konsolę. Znów wracasz do Division.

Dwie misje dzienne na poziomie „trudny” stanowią rozgrzewkę. Dostaniesz za nie sakiewkę żetonów feniksa, najcenniejszej z trzech walut tamtego świata. Drugą nagrodę stanowią przedmioty wypadające z bossa – szczególnie te w kolorze złotym. Następnie przychodzi misja na poziomie „ambitnym”. To już nie jest dziesięciominutowy sprint pomiędzy wrogimi mobkami, te zadania stanowią zwykle spore wyzwanie, ale warto się pomęczyć – wszystko za feniksy.

Odbębnienie codziennych misji kończy się zjazdem do bazy i przeglądem zawartości plecaka. Można również obskoczyć sprzedawców i skrzynki rozsiane po budynku poczty Jamesa Farley’a. Wiadomo nie od dziś, że tylko ten handlarz na górze może mieć coś ciekawego. Co kilka misji nadchodzi czas żniw – kupka feniksów jest na tyle duża, że starczy na schemat nowych bojowych majtów czy skarpet miejskiego trapera. Kupujemy, montujemy, rekalibrujemy, przywdziewamy i wyruszamy… no właśnie nie, nie wyruszamy, bo to już koniec rozgrywki. Kolejne misje dzienne odblokują się dopiero za kilka godzin. Konsola idzie spać, a ja zastanawiam się, dlaczego tracę energię na granie z obcymi ludźmi w boleśnie powtarzalne potyczki zamiast zatopić się w bogatym i interesującym świecie Wasteland.

skomentuj

Ostatnio głównie

czekam. Po pierwsze na pakiet DLC do The Division. Ma się pojawić już we wtorek 12 kwietnia (podobno) i z pewnością wniesie trochę wiosny do skostniałego od zimna Nowego Yorku. Mówcie co chcecie, ale młócenie dziennych misji za garść srebrników Feniksa nudzi się bardzo szybko.

Sporo się też naczekałem na zainstalowanie wszystkich aktualizacji do Destiny. Najpierw pobierałem 18 GB patchy systemowych, potem 15 GB wewnątrz gry. Niestety świat, choć piękny, nie pozwolił się w sobie zakochać. Strzelaniny MMO po Division już nigdy nie będą takie same. Przyznaję, że jeszcze nie odłożyłem Destiny na półkę, ale nie daje tej grze zbyt wielkich szans.

Czekam również na Wasteland 2. Przypuszczam, że przesyłka nie dojdzie przed weekendem, ale już szykuję się na post-apokaliptyczne szachy z Brianem Fargo. Choć grałem trochę na pecetowej becie i nie byłem zachwycony to postaram się zachować otwarty umysł. Gra w wersji konsolowej przeszła sporo zmian, prawdopodobnie większość z nich to plusy dodatnie.

Z utęsknieniem wypatruję również 26. dnia kwietnia, kiedy to światło dzienne ma ujrzeć Mafia III. Wiele wskazuje na to, że termin nie zostanie dotrzymany przez 2K Games. Pożywiom uwidim.

skomentuj

Pamiętacie jak kilka miesięcy temu

zapowiadałem swoje zainteresowanie starczym cosplayem? Stało się, od dzisiaj wcielam się w ubogą wersję Johna Marstona. Wariant meksykański. Poncho okazało się zadziwiająco ciepłe i wygodne, muszę jeszcze tylko nabyć Stetsona. Efekt uboczny jest taki, że nikt się dziś rano nie przysiadł do mnie w autobusie. Broda, kolorowe fatałaszki rodem z innego kontynentu – pewnie uchodźca. Co prawda nie mam fotek (jeszcze), ale uwierzcie – nie obchodzę dzisiejszego święta.

Do rzeczy.

Zachciało mi się zagrać w dodatek do Fallout 4. Wchodząc do cyfrowego sklepu PlayStation Polska mocno zdziwiła mnie cena przepustki sezonowej. Przyznam, że 209 zł to dobra cena za grę, a nie pakiet dodatków. Niestety nie znalazłem możliwości zakupu atomizowanych DLC w przystępnej cenie. Entuzjazm opadł, ale moją uwagę przykuła (dzięki koledze Arazkowi) różnica w opisach tego „produktu” jaką można dostrzec w wersji polskiej i angielskiej PSN. Opis w rodzimym języku nie jest specjalnie zachęcający, oto kluczowy fragment:

„W maju 2016 rozszerz fabułę w trybie dla jednego gracza, wyruszając na tajemniczą wyspę Far Harbor – to największy obszar DLC, jaki kiedykolwiek powstał w świecie Fallouta 4”

W zasadzie każdy następny DLC może być tym największym, wszak nie ma ich za wiele. W wersji angielskiej jest to niewspółmiernie bardziej bombastycznie opisane:

„Then in May 2016 expand your single player story by adventuring to the mysterious island of Far Harbor – the biggest DLC landmass ever created by award-winning developers Bethesda Game Studios”

Komu wierzyć? Coś mi mówi, że tłumacz się pomylił i przypadkiem napisał prawdę.

skomentuj