Kiedy ostatnio szukaliście czegoś w papierowym

słowniku lub encyklopedii? Dziwne uczucie, polecam. Na zdjęciu możecie zobaczyć jak Kopaliński definiuje czasownik „dyskontować”. W Słowniku Języka Polskiego PWN znajdziemy zgrabniejsze wyjaśnienie: „wykorzystywać jakiś fakt lub jakieś okoliczności dla siebie pomyślne”.

Jeżeli mutant predysponowany do walki z potworami w egzotycznym dla świata zachodniego (ale bez przesady -> jRPG) settingu fantasy, który znany jest również z bycia permanentnie uwikłanym w dojrzałe problemy i wybory, nie jest świetnym fundamentem fabularnej gry akcji, to co nim jest? Poza pokemonami oczywiście.

Kolegom z popularnego serwisu, tego co to miałem już nie czytać, zanim znów kogoś obrażą polecam lekturę klasyki.

skomentuj

Ocknąłem się na stromym stoku ośnieżonego

wzgórza. Przenikliwy, mroźny wiatr poruszał konarami wielkich drzew i wciskał się we wszystkie szczeliny mojego odzienia. Otwarłem plecak z nadzieją, że znajdę tam jeszcze coś do ubrania. Niestety, wszystko co ciepłe miałem już na sobie, znalazłem jedynie karimatę, śpiwór, zapałki, trochę jedzenia, jakieś lekarstwa i napój w puszce. Rozejrzałem się po okolicy szukając oznak ludzkich siedlisk, ale nic nie zwróciło mojej uwagi. Postanowiłem pójść w górę stoku by z większej wysokości móc wypatrywać osad. Bez namiotu, noża, siekiery, jakiejkolwiek innej broni nie miałem innej możliwości – musiałem liczyć na to co znajdę. Nie jest łatwo wspinać się w głębokim śniegu. Już kilkanaście kroków powodowało zadyszkę.

Na szczycie okazało się, że potencjalnie dobry punkt obserwacyjny niczego nowego nie wniósł do obrazu mojej sytuacji. Śnieżna zadymka wydatnie ograniczała widoczność. Zdecydowałem się iść dalej, grzbietem wzniesienia i wypatrywać czegokolwiek w dolinach. Po chwili zauważyłem kształt zdecydowanie zbyt regularny jak na standardy górskiej puszczy. Nowe pokłady nadziei sprowadziły mnie szybko na dół.

Oparłem skostniałe z zimna dłonie na ułożonych w stosy kłodach drewna by chwilę odsapnąć. Wokół pełno było pieńków i gałęzi – ktoś prowadził tu wycinkę. Sądząc po grubości śnieżnej czapy na ściętym drewnie miało to miejsce nie dalej niż kilka dni temu. Zebrałem z okolicy trochę patyków, skupiając się na tych mniej okazałych. Łamanie większych konarów bez odpowiednich narzędzi zajmowało stanowczo zbyt dużo czasu. Pomyślałem by rozpalić ognisko na polance, która była częściowo osłonięta od wiatru przez ułożone w stosy drewno. W pierwszej próbie skorzystałem jedynie z patyków i zapałek. Nie udało się. Drewno było zbyt wilgotne. Przy drugim podejściu użyłem wygrzebanej z dna plecaka gazety. Delikatne płonienie zajęły szczapy drewna. Mogłem w końcu się ogrzać. Niestety marne to było obozowisko, wiedziałem, że jeżeli chcę myśleć o noclegu to muszę znaleźć miejsce lepiej osłonięte od wiatru. I znacznie więcej paliwa dla mojego ogniska.

Poszedłem dalej, wzdłuż pieńkowych śladów jakie pozostawili drwale. Po kilkuset metrach znalazłem ich obozowisko. Niestety opuszczone. Składały się na nie trzy mieszkalne kontenery oraz zgliszcza drewnianej chatki. Zabrałem się do spenetrowania odkrycia. W kontenerach było trochę jedzenia, nafty, stary sweter, trochę gazet i aspiryna. Znajdowały się tam również piętrowe łóżka i pościel, ale gra nie pozwoliła mi na rozpalenie ogniska wewnątrz. Na pogorzelisku znalazłem stary żeliwny piec. Jako, że z trzech stron był osłonięty od wiatru zdecydowałem, że to będzie moja tymczasowa baza. Rozpalenie ognia, tym razem z wykorzystaniem nafty, było bardzo łatwe. Wokół walało się sporo patyków, nieopodal znalazłem też starą siekierę. Miałem chwilę na posiłek, wytchnienie i próbę opracowania planu co dalej.

Grę The Long Dark od kilku dni wkręcał mi Mikołaj. Na Xboksie można pobrać wersję testową – za darmo dostajemy jedną godzinę w trybie sandboksu. To naprawdę wstrząsające doświadczenie. Być może pozycja ta trafiła u mnie na wyjątkowo podatny grunt bo aktualnie zaczytuję się w survivalowych eskapadach Jacka Pałkiewicza, który pomimo, że pyszałek i bufon to zna się na rzeczy i ma dar do plastycznych opisów podobnych przygód. Być może zakochałem się od pierwszego wejrzenia w The Long Dark bo stanowi on esencję survivalowego początku w grze Minecraft tyle, że z rysowaną grafiką (bardzo przypominającą Firewatch), bez zabierającego imersję kubicznego uproszczenia świata. Sam nie wiem, ale z pewnością dzisiaj wrócę do tego mroźnego świata.

skomentuj

Zdecydowałem się wczoraj opłacić

jednomiesięczne Złote Myto dla Microsoftu dzięki czemu uzyskałem dostęp do kilku gier zainstalowanych wcześniej na użyczonej konsoli. Reklamowana powszechnie permanentność gier pozyskanych w ramach Games with Gold okazała się dotyczyć jedynie staroci z x360. Aby grać w nowe gry udostępniane w ramach abonamentu potrzebne jest ciągłe opłacanie tegoż. No cóż, ktoś jest zaskoczony?

Sunset Overdrive
Pierwszym tytułem, jaki trafił na mój warsztat był Sunset Overdrive. Zainteresowałem się tą grą pod koniec 2014 roku, podczas lektury PIXELA. Recenzent zachwycał się miodnością szalonej rozwałki w otwartym świecie. Stawiał nawet tezę, że Sunset Overdrive może być czarny koniem platformy, niespodziewanym system selerem Xboksa One. Doniesienia medialne okazały się mocno przesadzone. Wyobrażałem sobie coś z pogranicza inFamous i Saints Row – dostałem grę faktycznie szaloną i być może widowiskową, ale po prostu nieciekawą. Spróbuję zapewne jeszcze raz, postaram się choć trochę podszkolić z tricków i odszukać w tym chaosie jakieś metody, ale intuicja podpowiada mi, że niewiele ugram. Nie jestem przekonany do sandboksów pozbawionych elementu kontemplacyjnego. Tutaj nie ma czasu na zadumę nad zachodem słońca. W ogóle nic ciekawego tam nie ma.

Titanfall
Drugi wybór to Titanfall, sieciowa strzelanka z mechami w roli głównej. W dekadzie dwurzędowych seledynowych marynarek i fryzur na grzybka spędzałem bardzo miłe chwile z grą MechWarrior 2. Sentyment do mechów pozostał, ale chyb mój umysł nałożył na niego moratorium. Wydany ponad dwa lata temu Titanfall niestety prezentuje się na konsoli Microsoftu dość biednie, cały czas miałem wrażenie grania w jakąś niszową pozycję free2play (BTW: nie pobierajcie Hawken, szkoda czasu). Wystarczył mi dwa sieciowe mecze poprzedzone tutorialem aby wiedzieć, że na ten tytuł czasu marnować nie muszę.

HALO 5: Guardians
Trzecim i ostatnim tytułem wieczoru było HALO 5. Moje doświadczenia z serią nie są zbyt bogate, przeszedłem w co-opie kampanię w HALO 2, ale robiłem to w zasadzie w celach towarzyskich, a nie dla samej przyjemności gry. Z resztą ile mogła trwać tamta kampania – jeden niezbyt suto zakrapiany wieczór? Nie więcej. Podchodziłem do piątej odsłony na chłodno, bez najmniejszych oczekiwań. Dostałem grę dynamiczną, widowiskową i wciągająca. Największym zaskoczeniem okazała się sztuczna inteligencja – zarówno wrogów jak i kompanów. Po tym co w kwestii AI pokazało Dice w BF4 można uznać HALO 5 za grę XXII wieku. Co najmniej. Wrogowie nie tylko są prawie sprytni, mają również ciekawy i zróżnicowany wygląd, to samo można powiedzieć o dostępnych broniach. Bardzo mi się podoba szybkie FPS-owe podejście do tematu uzbrojenia, nie ma tu pieszczenia karabinu czy pancerza jak w Destiny, jest tylko dynamiczna walka. Zaś pomiędzy potyczkami można złapać chwilę oddechu podziwiając niezwykle bogate tła i ciekawe krajobrazy. Ze wszystkich strzelanek Sci-Fi, w które, grałem w ostatnich latach to właśnie HALO przyciągnęło mnie najsilniej. Nie spodziewałem się tego, ale dziś będę kontynuował przygodę z Magdą G., Michelem M. oraz Anną S.

skomentuj

Byliście kiedykolwiek na scenowym demoparty? Ja

nie, ale w drugiej połowie lat 90-tych zachorowałem dosyć mocno na demoscenę. Wkręciłem się w swap, czyli wymianę dem, interek, muzyki i grafiki scenowej za pomocą dyskietek przesyłanych tradycyjną pocztą ślimaczą. Kilkadziesiąt kontaktów, które nawiązałem, szybko przerodziło się w korespondencyjne przyjaźnie, Dużo ważniejsze stały się długaśne listy niż samo oprogramowanie. Założyłem nawet grupę, składała się z muzyka, grafika i mnie – programującego swappera. Wydaliśmy dwa music diski, jeden z ASCII artami, drugi z grafiką SVGA. Szału na scenie nie było, ale wspominam ten czas bardzo dobrze.

Prawie 20 lat po tym kiedy abdykowałem jako Shamel/Tartar będę miał okazję być na prawdziwym demoparty. Tegoroczny Riverwash odbędzie się Katowicach w dniach 2-4 września, Teatr Bez Sceny – samo centrum miasta. Do tego organizatorzy przygotowali świetną promocję na debiutantów. Szczegóły w linku. Zapraszam!

skomentuj

Dzięki uprzejmości Grzegorza przez kilka

najbliższych tygodni będę miał okazję testować konsolę Xbox One. Przywiozłem ją z Gliwic w sobotę – korzystając jedynie ze środków komunikacji publicznej. Z niesprecyzowaną dumą i bez cienia lęku dzierżyłem w dłoni zielony karton Microsoftu. Miasta w tych dniach przeżywają wysokie nasycenie służb wszelakich, nikt nie pukał się w czoło, nikt nie wręczał wizytówek zaufanego terapeuty. Operacja udała się w 100%.

Kiedy już rozpakowałem i podłączyłem sprzęt okazało się, że konsola nie wysyła sygnału do telewizora. Zmieniłem port HDMI w odbiorniku, użyłem innego kabla. Wszystko na nic. Zdziwiony i zaniepokojony zerknąłem na tył Xboksa i wszystko stało się jasne. Zapominając o tak rozlicznych jak mitycznych możliwościach telewizyjnych tego sprzętu podłączyłem kabel do pierwszej zauważonej przeze mnie szczeliny, która odpowiadała charakterystycznemu kształtowi portu HDMI. Był to port HDMI IN. Szybko naprawiłem błąd i mogłem się cieszyć widokiem menu.

Uważam się za osobę ponadprzeciętnie otwartą jeżeli chodzi o interface użytkownika w programach. Korzystałem bez zająknięcia ze starego GIMP-a, potrafię zmontować małe co nie co w Final Cut Pro, nie boję się terminalowych edytorów tekstu. Jednak UI w Xboksie One wprawił mnie w zakłopotanie. Bez większego problemu połączyłem się z WiFi i dodałem własne konto, ale odszukanie zainstalowanych na dysku gier zajęło mi dobre 10 minut. Microsoft zbyt daleko odszedł od menu znanego z x360, postanowił, że najważniejsze nie są gry – te ostatnio grane, te zainstalowane, te już posiadane, ale sednem konsoli jest sklep i te wszystkie pozycje jeszcze niezakupione. Wiedziałem, że w konsoli jest zainstalowane demko Tomb Raidera, ale udało mi się uruchomić to dopiero poprzez wizytę w sklepie. Oczywiście wkrótce potem doszedłem do tego gdzie szukać zainstalowanych aplikacji i pewnie już nigdy się nie będę nad tym problemem zastanawiał, ale zdziwienie pozostało.

O wiele dłużej będę przeżywał kwestię wibrujących spustów w padzie. Pierwszy kontakt z tym zjawiskiem był bardzo negatywny. Miałem wrażenie, że jedynym zadaniem wibracji triggerów jest przeszkadzanie graczowi. Są dość głośne i czasami odwraca to uwagę od telewizora. Potęgę tego poczułem dopiero grając w Forza Motosport. Nigdy wcześniej ABS nie był tak dobrze wyczuwalny podczas hamowania – oczywiście w padzie, bo to zjawisko nie jest niczym dziwnym w kierownicach z FF. Przejdźmy jednak do gier.

Na razie miałem okazję zaledwie liznąć tego zagadnienia. Pierwszą grą która odpaliłem było demo Rise of the Tomb Raider. Gdyby nie to, że dwa tygodnie temu cieszyłem oko w Uncharted 4 to pewnie byłbym zachwycony. Bycie Larą jak zawsze jest przyjemne, ale w kategorii „gra o archeologu, który wspina się, strzela i rozwiązuje banalne zagadki” niestety nie może zająć pierwszego miejsca. Istotne są takie kluczowe drobiazgi jak przejścia miedzy gameplayem a cut scenką, brakujące animacje w nietypowych sytuacjach, praca kamery. Dzięki temu doświadczeniu nabrałem jeszcze większego szacunku do najnowszej gry Naughty Dog.

Drugim testowanym demem była Forza Motosport 6. Nie jestem mistrzem – ani pada, ani kierownicy, ale lubię się czasami przejechać by poczuć adrenalinę podczas karkołomnego wyprzedzania przy szalonej prędkości. Po pierwszym wyścigu Fordem GT wiedziałem, że na jednym nie skończę. Następnie przyszły dwa dużo mniej spektakularne wyścigi VW Golfem (deszcz, a raczej kałuże były całkiem ładne) by zakończyć przygodę w bolidzie Indycar. Napisze to krótko: nigdy wcześniej nie czułem takiej mocy samochodu w grze wideo jak podczas wiraży na torze w Indianapolis przy prędkości dochodzącej do 370 km/h. Zobaczymy co pokaże Polyphony Digital, ale na razie królem, a w zasadzie królową ścigałek jest FM6.

Dziś będę testował pełną wersję Sunset Overdrive, mam też Halo 5 i kilka innych, mniej ekskluzywnych gier, ale tak naprawdę czekam na przesyłkę ze State of Decay: Year-One Survival Edition. Może dotrze jutro. Jakie ekskluzywa Microsoftu jeszcze polecacie do ogrania?

skomentuj

Jak

widzicie, na bazarze w King’s Bay można znaleźć płyty vinylowe zespołu „The Shambalas”. Kupował bym. Oczywiste jest nawiązanie do mitycznej krainy odwiedzanej przez Nathana w Uncharted 2, ale niewiele osób zdaje sobie sprawę, że monografia tego zespołu występowała również w The Last of Us, w kwaterze głównej Billa.

Tymczasem chcę wrócić do kilku gier jakie miałem okazję ograć w ostatnim miesiącu, a o których nie napisałem tutaj ani słowa.

Child of Light
Naczytałem się entuzjastycznych recenzji o tym, że w cenie wina można kupić małe cacko – grę piękną, mądrą i wciągającą. Nie jestem fanem platformówek, nasyciłem się tego typy grami na początku lat 90-tych. Dzisiejsi przedstawiciele gatunku dysponują bajeczną grafiką, ale sedno pozostało takie samo. Zadziwia mnie jednak mnie częstotliwość wydawania gier opartych na mechanice skakania po platformach i rozwiązywania prostych zagadek środowiskowych.
Child of light posiada dodatkowy atut – walki odbywają się w turach w stylu klasycznego jRPG. Niestety nie okazało się to dla mnie zbyt ekscytujące. Zasada jest prosta – trzeba obić wszystkich słabiaków i podekspić zanim ruszy się na lokalnego bossa. Nuda. Największą zaletą CoL jest to, że główna bohaterka po kilkudziesięciu minutach zabawy uczy się latać. Sztuka lewitacji jest bardzo przydatna podczas pokonywania dwuwymiarowego labiryntu. Tak to ja mogę grać w platformówki! Niestety zatrzymałem się gdzieś w połowie i raczej do niej nie wrócę.

Battlefield 4
Dwa i pół roku po premierze ta gra wciąż sprawia bardzo pozytywne wrażenie. Kampania dla jednego gracza okazała się wciągającą i zróżnicowaną przygodą – o ile tylko nie traktuje się swoich braci broni inaczej niż tańczące piksele. Sztuczna inteligencja sojuszników nie istnieje, niewiele dobrego można powiedzieć o zachowaniu sterowanego przez algorytmy wroga. Grałem na najwyższym poziomie trudności i w paru miejscach musiałem kilkanaście razy podejmować wyzwanie od nowa, mimo wszystko całość sprawiła bardzo dobre wrażenie. Destrukcja otoczenia, imersja broni, piękne widoczki.
Rozegrałem też kilka prawilnych meczy w sieciowym BF4. Oszołomił mnie rozmiar map i mnogość możliwości. Gdybym tylko był nastolatkiem, który w wakacje ma wakacje to pewnie grałbym aż furczy. No ale nie jestem.

Lords of the Fallen
Uruchomiłem ten tytuł tylko i wyłącznie z dziennikarskiej ciekawości. Ekipa z CI Games pokazała, że potrafi zrobić solidną, ładnie wyglądającą i porządnie animowaną grę AAA. Niestety nie dla mnie. Gram dla przyjemności, gram po to aby się czegoś ciekawego dowiedzieć o sobie lub o świecie. Moim celem nigdy nie było wykształcenie małpiej zręczności w kciukach. LoF tego jednak wymaga. Gra jest trudna, zniechęciła mnie po pół godzinie rozgrywki. Najgorsze są w tym wszystkim odległości pomiędzy checkpointami oraz wskrzeszanie zabitych wrogów. Dokładnie te same argumenty odrzucają mnie od gier From Software.

FIFA 15
Tak, tak. Były mistrzostwa, więc musiała być Fifa. Kupiłem za grosze starą wersję i ubawiłem się setnie rozgrywając projekcje wieczornych meczy, tych które faktycznie odbywały się na francuskich stadionach. Małe, a cieszy. Chciałbym kiedyś umieć zrobić te wszystkie tricki, ale coś czuję że do MŚ w 2018 już tej gry nie odpalę.

Do premiery NMS zostało 18 dni i 11 godzin, a ja nie mam w co grać :/

skomentuj

Moja wielka włosko-szkocko-madagaskarska

przygoda zakończyła się w piętnaście godzin po rozpoczęciu. Statystyki wbudowane w Uncharted 4 informują, że sterowana przeze mnie postać stała w miejscu przez ponad dwie godziny – oznacza to, że zawartość gry w grze jest nieszczególnie wysoka. Jednak kiedy już Naughty Dog daje nam sobie pograć to okazuje się, że U4 nie ma sobie równych.

Uncharted 4 jest piękne. Słyszałem głosy, że oto pierwsza nextgenowa gra została wydana 2,5 roku po premierze PS4. Intrygowało mnie to, ale nie pędziłem do sklepu. Grałem w drugą część sagi Nathana i wiedziałem czego się spodziewać. Ostatni odcinek to z pewnością najlepiej wyglądająca gra na konsolach. Do tego świetnie udźwiękowiona, cudownie napisana i wspaniale wyreżyserowana. Nie ma zbyt wielu długich i nużących potyczek na broń palną. Akcja dość często zmienia tempo, jest bardzo zróżnicowana, a lokacje bywają ogromne i do tego prześliczne.

Czy to będzie gra roku? Wątpię. To co najwyżej gra jednego weekendu, bo tyle mniej więcej potrzeba aby doświadczyć tego arcydziełka. Szczególnie kiedy lipiec nie rozpieszcza jak w tym roku. Można przechodzić jeszcze raz, szukać skarbów i innych znajdziek, ale idea gry podzielonej na etapy, a nie sandboksa, kłóci mi się z klasycznym zbieractwem. Ochota na zaglądanie pod każdy kamień w świecie gry idzie u mnie razem z absolutną persystencją inwentarza. Co prawda próbowałem wracać do etapu nr 12, nie mogłem sobie odmówić by jeszcze raz zanurkować w wodach otaczających Libertalię. Trwało to może z 20 minut. Tryb wieloosobowy też nie jakoś specjalnie jest wciągający. Nie jestem specjalistą, ale odnoszę wrażenie jego kompletnej wtórności. Dużo ciekawiej mi się skradało w multi TLOU, o The Division nie wspomnę.

Wracając do Uncharted 4. Największym atutem tego tytułu jest brak monotonii. Gra została zaprojektowana perfekcyjnie, zmiany tempa, retrospekcje, wymiany towarzyszy, poziom zagadek, rozmach map – to wszystko sprawia, że cieszy każdy ruch, każda sekunda w świecie gry. Nathan Drake przekonuje jak nigdy dotąd, jego relacja z żoną wydaje się wiarygodna, podobnie stosunek do brata. Mucha nie siada też na skoroszycie ze scenariuszem. Bardzo mi się podoba, że w grze nie występują magiczne moce, przedwieczni mutanci, naziści czy nieznane nauce minerały. Warstwa legendarno-historyczna trzyma się kupy, choć oczywiście mam świadomość, że drewniane domki na tropikalnej wyspie po 200 latach kupy trzymać się już raczej nie powinny.

Zagrać trzeba, nawet wypada, bo gra wytycza nowe standardy w dziedzinie wizualnych wrażeń. Jednak nie tego szukam w grach wideo, nie o tym będę rozmyślał przez długie tygodnie.

#Uncharted4 #aThiefsEnd #NathanDrake

skomentuj