Wczoraj jedna taka szkocka firma wypuściła

filmik. Pewnie widzieliście, nie jest długi, zaledwie minuta z sekundami. Obejrzałem go cztery razy.

Najbardziej mnie w nim zainteresowała scenka rodzajowa z osiemnastej sekundy. Od lat czekam na coś lepszego niż ekosystem RDR. Wiele wskazuje, że za rok w końcu się doczekam. Podoba mi się również sunące po wodzie canoe, ale chyba nikt nie obstawiał, że protagonista nadal będzie miał wodowstręt.

Lokomotywa, która próbuje przedrzeć się przez stado bizonów, to najpewniej pochodzący z 1868 roku Jupiter. Mamy również klasyczny dyliżans, a więc zagramy w okresie kiedy kolej żelazna jeszcze nie zdążyła wyprzeć tradycyjnych środków transportu. To zgrubne określenie chronologii wskazuje, że przypadnie nam żyć tuż po wojnie secesyjnej i wielkiej wojnie z Dakotami. Wtedy po dzikiej ziemi zachodu krokiem rewolwerowca przechadzał się dwudziestokilkuletni Landon Ricketts, a John Marston biegał w pieluchach. Być może gdzieś w tle pojawi się postać trzydziestoletniego Nigela Dickensa.

Na sam kadr ze sklepem wielobranżowym mogę patrzeć pół godziny. Oj będą się ślizgać buty i kopyta na tym błocie! Nie, wcale się nie hajpuje. Skądże :)

[link]

skomentuj

Dlaczego w ogóle chciało mi się grać w

najnowszą odsłonę Deus Ex? Z zainteresowaniem śledzę postępy w kierunku transhumanizmu, cierpliwie czekam na opracowanie interface mózg<->komputer, a pewnie już niedługo w moim ciele zagości jakiś wzmacniacz, rozrusznik czy endoproteza. Jest to kierunek nieunikniony. Tak jak kultura zrobiła ze zwierzęcia o nazwie homo sapiens absolutnego dominatora globu, tak technika może pozwolić na wytworzenie zupełnie nowego gatunku. Lubię obserwować procesy i wektory zmian, ale daleki jestem od ich oceniania. Wiadomo, że ewolucja to tylko zbiór bardzo wielu przypadków i nie ma z góry określonego celu.

Rozłam ludzkości sprzedaje nam historię tak czerstwą jak dwudniowe pieczywo z supermarketu. Rozsypuje się w palcach. Antagonizmy nie są dla mnie czytelne, być może dlatego, że prawie nie grałem w poprzednie części. Wiadomo, że ludzie będą się między sobą żreć zawsze i wszędzie, czy to o zasoby, czy to o poglądy, czy też o kolor włosów.Tutaj wszystko jest wydumane niczym w amerykańskim serialu sci-fi klasy B. Korporacje, rządy, tajne służby i międzynarodowy terroryzm. Wszyscy wszystkim ślą życzenia śmierci. Być może historia byłaby ciekawsza gdyby ograniczyć ją do opowieści np. o przywódczyni kościoła Boga Maszyny? Zredukowana do konkretnych ludzi stworzonych z krwi i drutów, a nie maszynek z piedestału, które predysponowane są jedynie do tworzenia konfliktów.

Grę przeszedłem tylko dlatego, że dobrze jest być Adamem Jensenem. Postać po kilku godzinach gry jest nieprzyzwoicie dopakowana gadżetami. Można robić z wrogiem co się chce, a gra daje nam możliwości rozwiązywanie problemów na naprawdę wiele sposobów. Zazwyczaj improwizowałem, nie trzymając się jednej linii charakterologicznej. Trochę skradania, trochę bang-bang. Szybko okazuje się, że gra jest łatwa. Jedyne o czym trzeba pamiętać to zbieranie zasobów, bateryjki dla dyskretnych i amunicja dla żołnierzy.

Główna akcja toczy się w dwóch dużych lokacjach: śródmiejska Praga oraz cybernetyczne slumsy na jej przedmieściach. Po tym zaliczymy kilka krótkich wypadów za czeską granicę: Dubaj, Szwajcaria oraz Londyn. Większy niż przeciętny zachwyt nad kreacją świata gry dotarł do mnie jedynie w Golemie (w oryginale Útulek), czyli futurystycznym obozie koncentracyjnym ludzi zmodyfikowanych. Obrzydliwie tam jest, ale coś mi podpowiada, że kiedyś jeszcze takie krajobrazy zobaczymy na Ziemi.

Minigra związana z hakowaniem jest bardzo prosta, o wiele więcej trzeba było się napracować przy włamywaniu się do sieci w grze Watch Dogs. Nie stanowi większego wyzwania, nawet na poziomie logicznych układanek. Pozostałe mechaniki są poprawne. Da się grać i mieć radość z przedostawania się przez kolejne drzwi, zasieki czy jeże laserowych czujników.

Nic nie stracicie jak w to nie zagracie.

skomentuj

Adam Jensen – w okularach pod

prysznicem.

Deus Ex: Mankind Divided skończony. Powiem wam, że dawno nie miałem tak silnego uczucia ulgi podczas napisów końcowych. Po co grałem skoro się tak męczyłem? No własnie dla napisów – miałem w planie poszukać wzmianki o autorze polskiej wersji tytułu. Nie miałem cierpliwości, skasowałem zanim dojechało do końca. Mimo wszystko nie była to zła gra.

skomentuj