Zaczynam ogarniać metodologię przeżycia w

kolonii RimWorld – nikt mi wczoraj nie umarł. Co więcej, mam za sobą pierwszy romans, który zakończył się ślubem. Okazuje się, że seks poprawia nastrój kolonisty w mniejszym stopniu niż uznanie i szacunek płynący z oczu partnera/partnerki. Oczywiście, że nie jest to uczucie symetryczne – bardzo jestem ciekawy czy uda im się doczekać potomstwa. Ona jest naukowcem, on głównie sprzątaczem i tragarzem. Egalitarna jest miłość w mojej osadzie.

Przyszła zima, a więc nuda straszna, zbudowałem stół bilardowy, zorganizowałem też browar i pracownię narkotykową. Dokąd doprowadzą mnie eksperymenty w tej ostatniej dziedzinie? Nie mam pojęcia, ale wiem, że chcę się przekonać.

Najciekawszymi wydarzeniami wczorajszego dnia była walka z grzejnikami podczas fal zimna oraz wizyta miotacza mołotowów. Wpadł do mnie facet, który na dzień dobry wysadził drzwi wejściowe, stanął w wyjątkowo niewygodnym do zestrzelenia kącie i zaczął obrzucać domostwo łatwopalną substancją. Zanim go ustrzeliłem ogień już trawił 1/4 zabudowań. Na szczęście opanowałem aktywną pauzę i szybko zdusiłem ogień. Straty były minimalne.

P.S.
Pozostało jeszcze kilka godzin aby sobie wyklikać za całkowitą darmochę prawdziwego klasyka, grę Civilization III. Wersja dla Steam: [link]

skomentuj

Wszystko inne zostało odłożone na

półkę. Liczy się tylko RimWorld!

Rozpoczynając zabawę z RW wyobrażałem sobie, że zbuduję olbrzymią i w pełni zautomatyzowaną kolonię. Linie produkcyjne, roboty, luksus i korporacyjna opieka zdrowotna. Tak to sobie koncypowałem w wyobraźni. Wybierając poziom trudności zdecydowałem się na spokojną narratorkę Phoebe i drugi, z bodajże sześciu, poziomów trudności. Zalecany jest dla budowniczych pragnących poczuć nieskrępowaną przyjemność piaskownicy. Nie kliknąłem opcji najłatwiejszej bo gra trzy razy ostrzegła mnie, że to nuda, że jestem cienias i jeśli chcę doświadczyć RimWorld to nie mam bać się zdarzeń losowych. Zostałem zdradzony o zmroku.

Wczoraj działo się wiele. Tak w skrócie: napadli mnie krwiożerczy Wargowie, przez co musiałem dwa dni siedzieć zamknięty w domu. Dzięki temu nauczyłem się, że zapasy żywności i paliwa powinny być w tej samej zagrodzie. Dalej przyszła zaraza, która zniszczyła mi zagony ryżu, ziemniaków oraz bawełny. Razem z końcówką lata pojawiła się zaskakująca fala gorąca, na którą dwóch kolonistów zareagowało przyodzianiem się w zimowe ubrania. Skończyło się to cięzkim udarem, za farmą wiatraków wykopałem pierwsze groby. Potem była malaria. Jeden z kolonistów umarł (lekarstw ubywa bardzo szybko przy tego typu chorobie), drugi nabrał odporności. Dla porządku warto wymienić jeszcze ataki szalonych wiewiórek, piratów, awarie wiatraków i wewnętrzne konflikty pomiędzy kolonistami.

Próbuję sobie wyobrazić jak może wyglądać rozgrywka na wyższych poziomach trudności. Opad radioaktywny na całej powierzchni planety? Wybuch wulkanu? Plaga szarańczy? Przeglądałem jadłospis problemów jakie mogą wystąpić podczas kolonizacji – jestem przekonany, że twórcy to bezlitośni socjopaci (o tutaj dowód: [link] którzy na śniadanie piją krew miesięczną nienarodzonych płodów pandy wielkiej.

Czasami nawet ja mam wrażenie, że przesadzam z porównaniami.

Miałem budować fabryki, miałem opracować maszyny, miałem produkować wódkę. Takie były plany, a moja gra to ustawiczne przeskakiwanie nad kłodami, jakie rzuca mi pod nogi los. Ponad to najwięcej czasu zajmuje mi analiza potrzeb kolonistów. Stopień skomplikowania modelu stanu zdrowia tak psychicznego, jak fizycznego robi naprawę kolosalne wrażenie. W tej grze wszytko ma znaczenie i nie są to puste słowa. Sprawdźcie choćby jakie modyfikatory mają najzwyklejsze ubrania. Stopień skomplikowania relacji międzyludzkich czy wpływu otoczenia na nastrój sprawia, że gra wciąż wydaje mi się pęczkiem nieodkrytych tajemnic.

Jedną z większych zalet RW jest automatyzacja życia kolonistów. Wyeliminowano to co najbardziej męczyło mnie w Stardew Valley – śmiertelnie nudne podlewanie i chodzenie dwa tysiące razy po tych samych ścieżkach. Drugi elektromagnesik, który skutecznie przyciąga mnie do RimWorld to fakt, że dla Hayflick, gry którą hobbystycznie projektuję w myślach od wielu lat, przewidywałem bardzo, ale to bardzo, podobne rozwiązania. Zaczynając od pixel art, widoku 2D top down przez model rozgrywki survivalowo-eksploracyjnej, połączenie najnowszej techniki i problemów właściwych dla ery rolnictwa przedindustrialnego, aż po rozbudowane statusy i relacje międzyludzkie.

W sumie to miło, że nie musze nic pisać i mogę sobie już tylko grać.

skomentuj

Zeszły tydzień ułożył się na tyle

nietypowo, że spędziłem dwa wieczory niezobowiązująco przykuty do komputera. Unikam takich sytuacji, ale czasami wymigać się nie da. Wtedy, dla równowagi, szukam klasycznej rozrywki pececiarskiej – najchętniej indykowej strategii. Od jakiegoś czasu śledziłem RimWorld – w końcu nadarzyła się okazja aby zagrać.

Settlers II na obcej planecie.

Gracz pełni rolę trzecioosobowego zarządcy, który wytycza kolonistom zadania, organizuje strukturę i pracę kolonii, stanowi prawo. Bawimy się w boga, który jako istota wszechmocna może co prawda bardzo dokładnie sterować każdym krokiem, każdego z kolonistów ale używa się tego trybu w sytuacjach kryzysowych. To typowa gra strategiczna, refleks jest zbędny (zawsze sobie można zapauzować rozgrywkę i w ten czas wydać wszystkie istotne dekrety). Koloniści pracują, śpią, jedzą, odpoczywają, płodzą dzieci, atakowani są przez szalone króliki, oddają się nałogom, są porywani dla okupu, borykają się z uchodźcami. Mnogość i kolorystykę zdarzeń reguluje się przez wybór narratora na początku rozgrywki. Ciekawy zabieg stylistyczny, bo to nie kto inny jak właśnie generator zdarzeń losowych buduje charakter rozgrywki.

Co można? Na początek budujemy chatkę, zakładamy zagon ryżu, uprawiamy bawełnę, bo wiemy, że prędzej czy później będą potrzebne nowe ubrania. Zbijamy z desek łóżka, stół w jadalni, budujemy piec. No i tak krok po kroku dochodzimy do technologii chłodzenia żywności, broni energetycznych czy paneli słonecznych i akumulatorów energii. Jak to w życiu.

Nie wiem czy będę w to grał regularnie. Siedzenie przy biurku z myszką w dłoni to dla mnie sytuacja, w której podskórnie oczekuję zapłaty. Poza tym Destiny 2 ciągle na topie (Elex raczej odpuszczam, przynajmniej do czasu solidnego upatchowania tego tytułu). Oddałbym królestwo za nieco więcej wolnego czasu, ale nie mam królestwa. Muszę je sobie zbudować.

skomentuj

Trzecia kawa

wpita. Może jakoś uda się ograć ten poniedziałek.

Destiny 2 rozpoczyna się na Ziemi. Kolejny raz zwiedzamy postapokaliptyczne, zardzewiałe i przerośnięte bujną zielenią krajobrazy. Dość popularna w ostatnich latach stylistyka nie wyróżnia się niczym czego by nie pokazał Horizon czy też Fallout. Jedyną wisienką na torcie jest unoszące się ponad horyzontem blade oblicze monumentalnego Wędrowca.

Największym atutem Destiny były i są jednak zróżnicowane świat oraz wyjątkowo częste zmiany scenografii. Po rozwikłaniu problemów starej dobrej planety udajemy się na Tytana – jeden z księżyców Saturna. Glob pokrywa ocean ciekłego metanu, na nim zaś zakotwiczone są ludzkie instalacje ze starych dobry czasów. Lokalizacja rozczarowuje, bo przypomina abordażowe fragmenty Modern Warfare, nie czułem się jak w kosmosie, a raczej na platformie wiertniczej.

Na szczęście Tytan to tylko przystanek, następna wyprawa zabierze nas na przeciekawe rubieże Układu Planetarnego. Nessus to dzieło inżynierii planetarnej Veksów, rasy o syntetyczno-organicznych ciałach i nieznanych intencjach, która tworzy Mechaniczne Światy w sobie tylko znanym celu. Orbita Nessusa jest zmienna, wynosi 60 km +/- 16 km. Zamiast granitowych wierzchołków widzimy idealnie równe platformy, gigantyczne łożyska kulowe, do tego czerwone trawy i fantazyjne drzewa. Sam nie wiem co jest ciekawsze – czy wizualna strona tej lokalizacji, czy też tło historyczne związane z Veksami – rasie, której poświęcę osobną notkę.

Dalej lecimy na Io, księżyc Jowisza. Tam będą na nas czekać żółte kaniony mozolnie wyprute w skałach przez jakieś ciecze. Klimat pustynno-górzysty, atrakcję stanowią superdrzewa, a raczej pozostałe po nich korzenie. Świat przyjemny ale niezaskakujący. Tu chwilowo przerwałem swoją przygodę z Destiny 2, ale wiem już, że nie spotka mnie nic nowego, a przynajmniej nie będzie to kolejny obszar. Trzeba grać.

skomentuj

Ja

wiedziałem, że tak będzie.

Po latach spędzonych w odciętej od Internetu komorze kriogenicznej wsiąkam w każdą sieciową gierkę. Co ja wiem o Destiny 2? Niewiele, ledwo zbliżam się to poziomu 10. czyli półmetku rozgrzewki. Grind jeszcze się nie zaczął, na razie nie mam pojęcia co zbierać, czego używać. Nowe przedmioty wpadają wystarczająco często, nie męczą nadmiarem i jednocześnie nie jest ich mało. W takiej grze najważniejszą cechą jest optymalny balans. Nie może być za trudno, za łatwo, za nudno, zbyt emocjonująco. Wszystkiego po trochu i każdy będzie zadowolony.

Mnie, na razie, najbardziej cieszą pięknie postapokaliptyczne widoczki. Wciąż nie walczyłem na Tytanie, więc skupię się na naszej planecie. Jest pięknie. Monumentalne tła z Wędrowcem, rdza i wszędobylska zieleń, kojące przeloty orbitalne pomiędzy misjami. Oni potrafią robić piękne gry.

Sam walka jest dynamiczna, sporo skakania, ataków z góry, poza tym jest skrojona bardzo uniwersalnie, swobodnie się czułem zarówno ze snajperką, jak i granatnikiem czy mieczem. Tak, broń biała! Nie wiem jak w poprzedniej części, ale w dwójce mój bohater bardzo dobrze sobie radzi w bezpośrednim kontakcie z wrogiem, co tylko dodaje rozgrywce uroku.

Rozegrałem dwa meczyki w strefie PvP. Jeden to było typowe ABC, drugi oparty był o drużynowy deathmatch, ale tak do końca się w niego nie wkręciłem. Na razie nie trafiłem na nic co choćby w 1% przypominało by moc Strefy Mroku z The Division. Jednak nie płaczę, w takich grach więcej przyjemności sprawia mi współpraca podczas masterowania misji na najwyższych poziomach trudności, a nie potyczki z mocno sformalizowanych walkach drużynowych.

skomentuj

Z pewnością

zauważyliście, że praktycznie każdy felietonista w prasie mniej lub bardziej codziennej, od czasu do czasu, popełnia tekst o mękach pisania. Tematyka ta jest na tyle popularna, że zdarzają się blogerzy, którzy na tym poprzestają.

Nie napisałem nic od 2 miesięcy, a i poprzednie półrocze nie obfitowało w regularne teksty. To nie tak, że przestałem grać, od wakacji miałem okazję ograć Syberię 2, Elite: Dangerous, AC4: Freedom Cry oraz niechlubnego Just Cause 3.

Ten ostatni wytwór to typowa wstydliwa przyjemność. Gra jest płytka niczym zęza na Omedze (tak, tak, w tym roku zacząłem przygodę z żeglowaniem i fascynuje mnie każdy termin związany z łódkami), fabuła żywcem wycięta z seriali typu McGyver czy A-Team, rys psychologiczny postaci również. Do tego koszmarna optymalizacja na PS4. Producent gwarantuje piękne spadki animacji gdy na ekranie pojawia się z byt dużo wybuchów oraz co rusz minutowe timeouty podczas łączenia się z siecią.

W ogóle mi to nie przeszkadza i odzyskuję dla rebelii prowincję po prowincji. Hak z wyciągarką, wingsuit, spadochron, kilkadziesiąt zróżnicowanych pojazdów, samolotów, helikopterów, łodzi – do tego olbrzymi i obrzydliwie powtarzalny (ale nadal malowniczy!) teren i prawdziwie mocarne bronie. Rzućcie we mnie ostrym kamieniem, ale napiszę to – JC3 przypomina mi MGS5. Różnica jest jedna – Snake preferował działanie w ukryciu, Rico zaś stara się być w centrum uwagi wroga. Poza tym mamy mnogość rozwiązań i pełną dowolności w ich doborze. Piaskownica.

Grałbym w to pewnie aż do 17 października, kiedy to premierę ma Elex – nowa gra twórców Gothica – gdyby nie tajemnicza przesyłka. Tydzień temu miałem urodziny, ale awizo zaginęło i dopiero dziś odebrałem Destiny 2. Wydaje się, że to prezent niespodzianka, ale faktycznie stanowi środek przymusu bezpośredniego. Nie miałem specjalnej ochoty na D2, boję się, że mnie wessie jak Division – ale teraz wyjścia już nie mam. Muszę ograć.

Ze wspomnianymi urodzinami wiąże się jeszcze jedna sprawa – tak się złożyło, że miały one miejsce prawie dokładnie 18 lat przed premierą pierwszej części Fallouta. Ta zaś miała miejsce 20 lat temu. Wszystkie te liczby wprawiają mnie lekką melancholię. Chyba zbuduję sobie 486DX4 i powtórzę przygodę sprzed dwóch dekad, tak bardzo natywnie jak to tylko możliwe.

Moja żona właśnie mi zerknęła przez ramię i stwierdziła: „Kochanie, kto to przeczyta? Dorzuć chociaż jakiś śmieszny obrazek”.

skomentuj