Od kilku tygodni bardzo często wracam myślami

do Firewatch. Mnogość emocji, które zapamiętałem i podświadomie analizowałem trzy lata po premierze, miesza się z aktualnymi odczuciami — najbardziej burzliwego okresu mojego 40-letniego życia. Dużo i długo zastanawiałem się nad rozstaniem, zmianami osobowości na przestrzeni szesnastoletniego związku, ucieczce do samotni, uczeniu się życia na nowo, szukaniu siebie. Również o zalążkach miłości opartej na szczątkowej relacji, jaką w tym przypadku są rozmowy przez krótkofalówkę.

Do tego nałożyłem aspekty z filmu Her, ale od dywagacji na ten temat mam terapeutę. Tutaj jednak zapowiem, że w weekend zrealizuję to, co zapowiedziałem w tekście z 2016 roku. Przejdę Firewatcha raz jeszcze, tym razem wsłuchując się w każde słowo.

Jeszcze w tym roku mam nadzieję zagrać w „In the Valley of Gods” – nową grę od Campo Santo. Na to czekam. Żadne Rockstary czy Naughty Dogi — to, czego naprawdę mi potrzeba to symulator chodzenia dla dorosłych.

Więcej na -> grydd.pl

skomentuj

RRR — trzy filary filozofii Zero

Waste, czyli: reduce, reuse, recycle. Przez sześć lat prowadzenia tego bloga udało mi się napisać 311 tekstów. Jedne dłuższe, inne krótsze, wszytkie o grach i ich peryferiach. Nieprzypadkowo wybrałem ten o Fallucie 4 jako pierwszy blogowy „reuse” w historii „Gier dla dorosłych”.

Zapraszam w podróż do grudnia 2015 roku i dalej — w lata 80-te.

Więcej na -> grydd.pl

skomentuj

Wygospodarowałem wczoraj wieczorem dodatkową

godzinkę na betę Division 2. Po dobiciu Białego Domu zająłem się tym, co najważniejsze. Było to pójście bokiem i zebranie kilku nowych elementów wyposażenia, pierwsze „plecakówy”, czyli przeglądanie ekwipunku, przebieranie awatara i sprzedawania śmieci, trochę wędrówki bez celu, przed siebie. Zwiedzanie.

Gra jest cholernie wtórna, dostaliśmy po prostu zmianę makijażu i nakrycia głowy. Esencja się nie zmieniła. Nadal trzeba biegać, flankować, strzelać do ołowiochłonnych gąbek, stanie za zasłoną kończy się zgonem. Dokładnie tak pamiętam Division 1 w końcowym stadium — a grałem ostatnio wczesną jesienią 2018.

Jednak: wtórność tej gry jest jej największą zaletą! Twórcy zachowali wszytko co było doskonałe — dynamika strzelania i potencjał uzależniający od „jeszcze jednej misji” mają tę samą moc. Kosmetyczne zmiany jeszcze bardziej przyspieszają rozgrywkę, ułatwiają korzystanie z ekwipunku, ale pewnie w finalnej wersji i tak się zmienią.

Tylko zimy w wielkim mieście żal.

skomentuj

Trudno mi zliczyć na ile godzin przyciągnęła

mnie do siebie gra The Division. Idą w setki. Jedyne MMO, które mnie przyzwyczaiło do codziennego rytuału, które mnie nauczyło grania w ludzkiej drużynie znajomych czy nie. Division mnie uzależniło.

Po pierwszych zapowiedziach sequela nie byłem podekscytowany. Dziś, po półgodzinnym zapoznaniu się z betą jestem już przekonany. Wystarczyło kilkunastu zabitych wrogów i kilka zgonów własnych, abym wiedział, że nie mam ani chęci ani potrzeby, by wchodzić do tej samej rzeki. Akcja pierwszej część Division toczy się w Nowym Yorku. Mroźna zima, groźny wirus, na bezludnych ulicach stolicy świata można spotkać jedynie barykady, porzucone auta, stosy śmieci i czasami agresywnych bojówkarzy. Miasto, genialnie odwzorowany fragment Manhatanu jest przejmująco ciche, pozbawione muzyki dobiegającej z knajpek, hałasu metra, klaksonów taksówek. Słychać głównie gawrony, czasami zdarzają się stłumione odgłosy wystrzałów. Wszędzie pełno jest nieuporządkowanego śniegu, widok często przysłania nam mgła, zdarzają się też prawdziwe zadymki z zerową widocznością. W tej ciszy wyjątkowo mocno wybrzmiewa widok świątecznych ozdób wiszących na sklepach.

W becie drugiej części nie zauważyłem zmian w mechanice strzelania. Po co zmieniać to, co dobre? Przenosimy się za to do przestronnego Dystryktu Columbia, do lata. Słoneczko radośnie świeci, ptaszki śpiewają, kałuże nie zamarzają tworząc malownicze błoto. Ulice zaś zaczyna porastać trawa. Ile takich postapokalips widziałem? Stanowczo za dużo. To co było wyjątkowe w pierwszej części — czyli zimowy klimat opustoszałej metropolii — zostało podmienione na widoczki mające charakter wczesnego świata z TLOU. Stany zjednoczone Ameryki się kruszą u podstaw, ale nadal to piękna i żyzna kraina. Szkoda.

skomentuj