Od kilku miesięcy chodził za mną kapitan

Price. Obserwował z dystansu, przeszukiwał śmieci, które podrzucałem do hasioka, sniffował moje wifi, rozpytywał sąsiadów. Wczoraj udało mi się nawiązać kontakt. Znów jestem potrzebny w macierzystej jednostce SAS.

Call of Duty Modern Warfare jest prawdopodobnie pierwszym tytułem, w który grałem na PS3. Było to ponad 7 lat temu. Zapamiętałem ją jako tytuł wyjątkowy, oszałamiający tempem akcji i szczegółową grafiką. Jednak najlepszym z atutów jakie gra miała do zaoferowania był sposób opowiadania historii. Począwszy od, uzasadnionego jak mało kiedy, samouczka, przez podróż na egzekucję w Mercedesie W123, absolutnie kultową misję snajperską w Prypeci, ostrzał wsparcia z pokładu samolotu AC-130, aż po wybuch bomby atomowej. To ostatnie koniecznie trzeba (spróbować) przeżyć. Czy jest tu ktoś, kto tego jeszcze nigdy nie przerobił?

Scenariusz Jessiego Sterna (znanego z MW1, MW2, BF4, Titanfall oraz jakichś seriali w stylu Agenci NCIS) prowadzi wielowątkową narrację. Gracze przeskakują z jednego końca świata na drugi, nie trudno dopatrzeć się w tych misjach spójnych związków przyczynowo skutkowych. Poczułem się jak ostrze lancetu, które pod postacią kilku komandosów z różnych jednostek specjalnych próbuje odciąć terrorystyczne ramie Zachajewa. Grze oszczędzono hektolitry patosu, w których oksydowały się kolejne części.

Grałem wczoraj jakieś dwie godziny. Jednak coś nie dawało mi spokoju, coś psuło przyjemność. Nie była to lekko podstarzała grafika i proste oświetlenie. Chodziło o coś bardziej trywialnego – brak notyfikacji o wpadających trofeach. Szok i niedowierzanie.

skomentuj