Pozazdrościłem Xboksowi wstecznej

kompatybilności i pożyczyłem sobie PS3. Przyświecają mi dwa cele:
– wypełnienie pustki po Sami Wiecie Czym,
– nadrobienie kilku ważnych zaległości z przeciwnego obozu poprzedniej generacji.

Na pierwszy ogień poszedł Heavy Rain. Gra jest dość leciwa, premierę miała w lutym 2010 roku, ale nie warstwa wizualna nie razi zbyt często. Siódma generacja konsol wciąż dość skutecznie broni się przed zasypaniem popiołem historii. Co prawda konieczność oczekiwania na niekończące się instalacje, koszmarne tempo nawigacji po PS Store czy niezbyt ergonomiczne ustawienia mogą wkurzyć, ale konsole służą do grania, a nie podziwiania dashboardu.

Zawsze ciekawiła mnie historia przedstawiona przez Davida Cage’a. Kilka razy powstrzymałem się przed obejrzeniem całości na youtube, zaliczyłem jedynie demo. Dwukrotnie. Od wczoraj gram w grę.

Wciąga od pierwszej sceny. Można nabijać się z mycia zębów, wycierania po prysznicu czy, jakże rzadko występujących w grach video, scen mikcji. Można się śmiać z festiwalu QTE. Można, a nawet należy, irytować się na niecodzienny sposób sterowania postacią. Jednak mimo wszystko Heavy Rain stanowi rewolucyjne dzieło w dziedzinie narracji w grach video. Od pierwszego wejrzenia pokochałem te długie, pozbawione akcji sceny w których bohater siedzi i przeżywa, a kamera sennie snuje się wokół niego. Nie szukam wtedy przycisku „pomiń” tylko staram się współodczuwać jego emocje, jego lęki, przytłaczającą codzienność. Jako, że bohaterów mamy czterech, to wachlarz emocji jest nieco bardziej rozbudowany – domyślam się bo jak na razie „ograłem” jedynie 6-7 scen. Chcę więcej.

skomentuj