Sto sześćdziesiąt godzin w trzy

tygodnie, które minęły już od premiery. Straszliwie dużo grania za mną i całkiem sporo przede mną. Praktycznie nie ruszyłem tabunów pytajników na Skellige. Jedynie te, które wypadły po drodze.

Teraz to zupełnie inna gra. Gdzieś w okolicach piętnastego poziomu postaci mój Geralt ze zwierzyny przemienił się w łowcę. Związane jest to z założeniem rynsztunku kota (teraz posiadam już jego trzecią iterację) oraz nakładem punków postaci jaki włożyłem w szybkie ataki oraz trans bojowy. Gra stała się łatwa. Oleje i eliksiry inne niż Jaskółka czy dekokt natychmiastowo przywracający życie stosuję od wielkiego święta. Nie znaczy to, że nie mam godnych przeciwników. Mam. Wczoraj pokonałem Harrisi, gigantycznego pająka, który był dobre 8 poziomów wyżej, nosił ikonę czerwonej czaszki. Bez większego trudu. Podobnie jak walka na pięści z jaskiniowym trolem. Nie wierzyłem, że to może się udać, a jednak.

Nie boję się kolejnego starcia, nie zapisuję kompulsywnie gry co 3 minuty. Nie penetruję każdego zakamarka w poszukiwaniu świętego Graala. Mam już wszystko, a to czego czasami mi brakuje mogę nabyć – stać mnie. Świat, który nie awansuje wraz z protagonistą okazał się być fascynujący tylko w pierwszej fazie eksploracji. Nie wyobrażam już sobie przeciwnika, który byłby w stanie na dłużej zablokować mi drogę. No chyba, że tym przeciwnikiem będzie glitch.

skomentuj