W końcu! Spotkałem w Novigradzie kowala

potrafiącego obstalować miecz godny wiedźmina. Ten podrdzewiały paździerz, który masowo zbieram z pola chwały, nadaje się co najwyżej do sprzedania kramarzowi za kilkanaście koron. Rzemieślnik poprosił najpierw o drobną przysługę – potrzebował wsparcia w negocjacjach. Polubiłem gościa, lubię też czuć się potrzebny – zgodziłem się.

Rzeczowa rozmowa o sprawach handlowych została przerwana przez grupę „Tasaka” – gang wyjątkowo nikczemnego wzrostu. Otoczyło nas pięciu jednołokciowców, każdy z toporem i kuszą. Powiedziałem swoje sakramentalne „nigdy się nie nauczycie”, łyknąłem Zamieci i ruszyłem szarżą. Nie przewidziałem, że każdy z nich jest o 14 poziomów wyżej w rankingach demiurga tego świata. Odbiłem się od nich niczym kauczukowy wiedźmin i z podkulonym ogonem schowałem za węgłem. Tu właśnie, niczym wiedźmin 2.0, strzeliłem samojebkę. Mam nadzieję, że udało mi się ukryć kurwiki. BTW: wcale nie mam małej głowy, to wszystko przez moją kufajkę! Trzeba by skombinować coś slim fit.

Opuściłem Novigrad i udałem się potępić plugastwo na zachodnim wybrzeżu Velen. Do znanych mi dobrze bandytów i dezerterów dołączyły nowe frakcje – piraci oraz kanibale. Utopców, ghuli, zgnilców czy wilków nie muszę wymieniać – one są w tej krainie jak powietrze. Pełno ich w każdym zagajniku i również morowo śmierdzą. Dziwi mnie, że zaprzestaliśmy szkoleń w Kaer Morhen skoro tyle jeszcze tego plugastwa po świecie chodzi.

Niektóre potyczki okazały się wyjątkowo ekscytujące. No oceńcie sami – kiedy to pojedynki jeden na dziesięciu nie są interesujące? Zawsze. W przeciwieństwie do potyczki jeden na jeden z babą cmentarną na 30 poziomie. To nie jest OK. Geralt tu przerwał, lecz miecz trzymał. Do jutra, trzymajcie się.

skomentuj