Żyję. Po prostu ostatnio grałem w milczeniu. Wciąż jednak chcę się dzielić przemyśleniami na ten temat.

Never Alone, darmowy tytuł z kwietniowego PS+ to dla mnie indyk wzorcowy. Najważniejsza była idea – propagowanie kulturowego dziedzictwa Inupiaq – plemienia zamieszkującego Alaskę. Prosta i dość krótka platformówka została wzbogacona o kilkadziesiąt krótkich filmów – świadectw, wspomnień i ciekawostek związanych z życiem Innuitów. W bardzo niewielu grach motywacja do odszukania wszystkich znajdziek była wzmocniona czymś więcej niż pragnieniem usłyszenia dźwięku zdobywanego pucharka. W Never Alone musiałem obejrzeć wszystkie dokumenty, były po prostu ciekawe. Krótkie opowieści o wierzeniach, codziennym życiu, o wpływie zachodniej cywilizacji na życie Indian.

Sklecona w Unity gra posiada bardzo przyjemną grafikę, animacje również stoją na przyzwoitym poziomie. Lisek zgrabnie przebiera nóżkami podczas wspinaczki, jak zawieje wichura to na całego – zimno robi się również na kanapie przed TV. Jednak technicznie gra jest w kilku miejscach bardzo niedoskonała, irytuje rozkład checkpointów, brak niektórych przejść pomiędzy różnymi fazami animacji, niedoskonała konstrukcja koliderów, które nie zawsze w 100% odpowiadają obiektom widocznym na ekranie. Drobiazgi, ale psują wrażenie doskonałości.

Jednak dzisiaj, dobry miesiąc po ukończeniu Never Alone, w ogóle nie pamiętam o mankamentach. W głowie została mi ciekawa przygoda, obcowanie z klasyczną legendą będącą filarem obcej kultury. Gra bardzo skutecznie wytworzyła szacunek dla niej.

skomentuj