Wygospodarowałem wczoraj wieczorem dodatkową

godzinkę na betę Division 2. Po dobiciu Białego Domu zająłem się tym, co najważniejsze. Było to pójście bokiem i zebranie kilku nowych elementów wyposażenia, pierwsze „plecakówy”, czyli przeglądanie ekwipunku, przebieranie awatara i sprzedawania śmieci, trochę wędrówki bez celu, przed siebie. Zwiedzanie.

Gra jest cholernie wtórna, dostaliśmy po prostu zmianę makijażu i nakrycia głowy. Esencja się nie zmieniła. Nadal trzeba biegać, flankować, strzelać do ołowiochłonnych gąbek, stanie za zasłoną kończy się zgonem. Dokładnie tak pamiętam Division 1 w końcowym stadium — a grałem ostatnio wczesną jesienią 2018.

Jednak: wtórność tej gry jest jej największą zaletą! Twórcy zachowali wszytko co było doskonałe — dynamika strzelania i potencjał uzależniający od „jeszcze jednej misji” mają tę samą moc. Kosmetyczne zmiany jeszcze bardziej przyspieszają rozgrywkę, ułatwiają korzystanie z ekwipunku, ale pewnie w finalnej wersji i tak się zmienią.

Tylko zimy w wielkim mieście żal.

skomentuj