Trudno mi zliczyć na ile godzin przyciągnęła

mnie do siebie gra The Division. Idą w setki. Jedyne MMO, które mnie przyzwyczaiło do codziennego rytuału, które mnie nauczyło grania w ludzkiej drużynie znajomych czy nie. Division mnie uzależniło.

Po pierwszych zapowiedziach sequela nie byłem podekscytowany. Dziś, po półgodzinnym zapoznaniu się z betą jestem już przekonany. Wystarczyło kilkunastu zabitych wrogów i kilka zgonów własnych, abym wiedział, że nie mam ani chęci ani potrzeby, by wchodzić do tej samej rzeki. Akcja pierwszej część Division toczy się w Nowym Yorku. Mroźna zima, groźny wirus, na bezludnych ulicach stolicy świata można spotkać jedynie barykady, porzucone auta, stosy śmieci i czasami agresywnych bojówkarzy. Miasto, genialnie odwzorowany fragment Manhatanu jest przejmująco ciche, pozbawione muzyki dobiegającej z knajpek, hałasu metra, klaksonów taksówek. Słychać głównie gawrony, czasami zdarzają się stłumione odgłosy wystrzałów. Wszędzie pełno jest nieuporządkowanego śniegu, widok często przysłania nam mgła, zdarzają się też prawdziwe zadymki z zerową widocznością. W tej ciszy wyjątkowo mocno wybrzmiewa widok świątecznych ozdób wiszących na sklepach.

W becie drugiej części nie zauważyłem zmian w mechanice strzelania. Po co zmieniać to, co dobre? Przenosimy się za to do przestronnego Dystryktu Columbia, do lata. Słoneczko radośnie świeci, ptaszki śpiewają, kałuże nie zamarzają tworząc malownicze błoto. Ulice zaś zaczyna porastać trawa. Ile takich postapokalips widziałem? Stanowczo za dużo. To co było wyjątkowe w pierwszej części — czyli zimowy klimat opustoszałej metropolii — zostało podmienione na widoczki mające charakter wczesnego świata z TLOU. Stany zjednoczone Ameryki się kruszą u podstaw, ale nadal to piękna i żyzna kraina. Szkoda.

skomentuj