Najbardziej bałem

się, że nie będzie mi się chciało zwiedzać tych wszystkich unikalnych i egzotycznych światów, że twórcy, skupieni na techniczno-magicznej warstwie gry, spierniczą to co najważniejsze. Nic z tych rzeczy.

Pierwsze dziesięć planet przeleciałem po łebkach – był zimne, skaliste i umiarkowanie martwe. Dopiero w trzecim układzie planetarnym trafiłem na zielony glob z nietoksycznymi morzami i całym mnóstwem istot żywych. Leciałem nisko nad lądem, w stronę zachodzącego słońca, wypatrywałem oznak aktywności istot inteligentnych. Co jakiś czas lądowałem aby obejrzeć ruiny i ewentualnie zatankować kanister z plutonem. Kto by pomyślał, że nauka języka obcej rasy może być jednym ze skuteczniejszych motorów do zwiedzania algorytmicznych światów?

Eksperyment się udał. Pomimo dość dużego ruchu na niebie, szczególnie w pobliżu stacji kosmicznych, gracz czuje się tak samotnym jak to tylko możliwe, szczególnie gdzieś na dnie jaskini na planecie zapomnianej przez algorytmy kreacji. Motywem działania nie jest górniczo-kupiecka przedsiębiorczość, a pragnienie zglebienia odwiecznej tajemnicy – po co tu wszyscy jesteśmy i dokąd zmierzamy.

Najtrudniejszym elementem początkowego etapu gry jest obsługa inwentarza. Upierdliwe wydaje się upychanie wszelkich znalezionych na powierzchni planety bogactw w kilkunastu kieszonkach kombinezonu. Podczas pierwszego dnia eksploracji odkryłem już trzy dodatkowe kratki inwentarza, jest więc nadzieja, że można go rozbudować jeszcze bardziej.

Tyle na szybko, te 8 godzin, które wczoraj spędziłem z NMS to stanowczo zbyt krótko by wydawać jakieś poważniejsze orzeczenia.

skomentuj