Nie minął kwadrans odkąd postanowiłem

poświecić Arcadia Bay i odjechałem w zdezelowanym pickupie z moją niebieskowłosą Chloe.

Life is Strange to gra obowiązkowa dla miłośników soczystej narracji. Przeciągałem rozgrywkę jak tylko się dało, grubo ponad miesiąc temu w weekendowym afekcie przeszedłem pierwsze trzy epizody. Podobało mi się tak bardzo, że z przekory postanowiłem przedłużyć sobie przyjemność. Kilka tygodni przerwy nie pozwoliły zapomnieć o Max i tych wszystkich spotkanych przez nią osobach. Często opowiadałem na dobranoc mojej żonie o mieszkańcach Arcadia Bay. Okazuje się, że to odroczenie było całkiem sensowną decyzją, końcówka czwartej części gry diametralnie zmienia atmosferę. Piąty epizod zaś to już surrealizm w czystej postaci. Psychodeliczna wycieczka w czasie i przestrzeni, do tego thriller uzbrojony w środki przestrachu, które działają na mnie najsilniej. Mam bardzo poważną emocjonalną alergię na pokoje śmierci rodem z „Dziewczyny z tatuażem”. Jednak nie pozwólmy by tych kilka minusów przysłoniło nam cały bukiet plusów.

Life is Strange to gra o 18-letniej studentce fotografii. To gra o specyficznej atmosferze małego miasteczka nad Pacyfikiem, gdzieś w północno-zachodniej cześci USA. Nade wszytko jednak to gra o konsekwencji jakie niosą dokonywane przez nas wybory. Square Enix wprowadziło swoje pionki na poletko do tej pory zdominowane przez Telltale oraz Quantic Dream i zrobiło to wyjątkowo skutecznie. Nadal występuje problem z pozornością wyborów, ale został genialnie zawoalowany. Gracz nie buduje swojego związku z Max poprzez nerwowe kręcenie gałkami pada w celu umycia zębów czy wytarcia się po prysznicu. O wiele doskonalsza imersja powstaje podczas leżenia na łóżku, rozglądania się po pokoju i słuchania nostalgicznego indie rocka.

Max Caulfield da się lubić. Nie tylko dlatego, że posiada zdolność cofania czasu i manipulowania przestrzenią. Jest nastolatką, która dla 37-letniego zgreda mogła wydawać się spraną kalką tych wszystkich irytujących dwudziestolatków, którzy raz za razem muszą udowadniać swoją wyższość. Max słucha jednak muzyki z lat 90-tych, używa przestarzałego Polaroida, zna takie nazwiska jak Kerouac, Cappa, Kesey, Cartier-Bresson czy Man Ray. Twórcy uczynili co mogli aby jej postać była jadalna nawet dla „najstarszych nastolatków”. Zagrajcie w Life is Strange aby polubić Max.

skomentuj