Serdecznie dziękuję za

wczoraj. Ogrzałem się trochę w żarze waszych lajków i komentarzy. Za oknem też jakby zmiana – odwilż – przynajmniej w moich Smogowicach. Kawa wypita, więc można pisać.

Będąc fanem cRPG nie potrafiłem przejść obojętnie obok nowej gry Piranha Bytes. Co ciekawe nie grałem nigdy w Gothica, nie grałem w Risena, ale swego czasu spędziłem z nimi jeden czy dwa wieczory przed YT. O co chodziło tych klasykach pecetowego szwędactwa wiem dość dobrze i bardzo to szanuję. Kupiłem więc Elex.

Jeśli zastanawiacie się nad tym tytułem lecz boicie się bugów, niedoróbek i ogólnej prowizorki to mogę was uspokoić. Gra nie zawiesza się częściej niż średnia konsolowa na PS4. W samej grze też nie spotkałem irytujących glitchy, zepsutych zadań, nieprzystających animacji, brakujących tekstur. Premierowy Wiedźmin 3 był dużo bardziej irytujący. Wejście w świat Elex jest bardzo gładkie, na samym początku dostajemy odrzutowy pasek, dzięki któremu możemy wzbijać się ponad rozmaite przeszkody terenowe. Burzy to swoisty romantyzm forsowania przeszkód metodą brute-force. Kto się szwęda ten wie, kto nie – niechaj słucha. W wielu grach istnieje metoda wspinania się, a nawet pokonywania całych pasm górskich, która polega na intensywnych podskokach pod stokiem, na szukaniu kawałka punktów zaczepienia się dla nóg. Czasami trzeba skakać tyłem, czasami bokiem, czasami trzeba się odrobinę cofnąć. Mam wrażenie, że mechaniki te, choć sprawiają wrażenie gliczopochodnych są celowo wplatane w trójwymiarowe gry typu sandbox. Każdy lubi chodzić na skróty, nawet jeżeli to trwa trzykrotnie dłużej niż ścieżkami.

Zakładając odrzutowy pas dostajemy możliwość ucieczki przed większością przeciwników. Jest to bardzo istotne bo na początku tylko szczury nam nie zagrażają. Każdy nawet najsłabszy potworek stanowi wyzwanie, a wrogo nastawionych NPC radzę omijać szerokim łukiem. Pierwsze godziny czaimy się w krzakach i dokładnie planujemy każdy krok. Kompan, którego scenarzyści podsunęli nam na samym wstępie jest niezbędnym wsparciem podczas pierwszej dalekiej podróży. Samotne zboczenie z trasy kończy się zawsze tak samo.

Cóż to za świat w tym Eleksie?

Biegamy po planecie zniszczonej przez uderzenie komety. Katastrofa zdegradowała istniejącą tam cywilizację, która bardzo przypominała naszą. Ludzkość otrząsnęła się i uformowała w cztery główne frakcje. Cechą, która je dzieli jest stosunek do Eleksu – substancji zawleczonej przez kometę.

Bersekowie na pierwszy rzut oka przypominają skyrimowych Towarzyszy. Honor, hierarchia, tarcze i topory. Uważają Elex za toksyczny, przerabiają go na manę, sadzą magiczne drzewa, które rekultywują skażaną glebę. Częściej niż toporem machają łopatą – sadzą, pielą, chronią. Ich sztywne zasady etyczne stanowią barwne i komplikujące tło dla zróżnicowanych zadań jakie będziemy musieli wykonać.

Klerycy jak to klerycy – dużo gadają o religii. Gęby im się nie zamykają od agitacji. Nastawcie się na ściany tekstu opisujące detale ich wierzeń. Pielęgnują dawne technologie i starają się ożywiać antyczne maszyny za pomocą energii czerpanej z Eleksu. Polubią ich miłośnicy broni energetycznej, dystansowej i głębokiej hipokryzji.

Banici to grupka wprost wyjęta z Falloutów. Ubierają się jak bohaterowie postapo, mają dość luźne podejście do życia i zasad nim rządzących. Parają się produkcją narkotyków i to właśnie te substancje są kartą przetargową Banitów. Bronie używane prze nich są zróżnicowane.

Czwarta ekipa to Albowie. Ci źli. Zauważyli, że spożywanie Eleksu daje niesłychane moce, ale uniemożliwia odczuwanie. Klasyczny Alb jest silny, blady i pozbawiony empatii. Kieruje się logiką i bezwzględnym posłuszeństwem wobec przełożonych. Dodam, że główny bohater jest Albem, co nie jest spoilerem bo o tym fakcie dowiadujemy się w intrze gry.

Dlaczego nie wiem czy ukończę Elex?

Bardzo szybko okazuje się, że gra została złożona ze stosunkowo niewielkiej liczby elementów. Tak wrogowie, jak przedmioty, które pieczołowicie zbieramy, szybko stały się nudne i powtarzalne. Ukształtowanie terenu też wydaje się podejrzane. Atrakcji jest sporo, ale są zbyt blisko siebie, sztucznie pozasłanianie dziwnymi górkami. Widać taniość w dopracowaniu detali świata, animacji. Szczególnie słabo wypada walka. Po takich grach W3 czy HZD moje wymagania wobec mechaniki potyczek stały się nieco bardziej wyśrubowane.

Dlaczego chciałbym ukończyć Elex?

Bo to kawał rasowego cRPG. Zadania są złożone, dobrze zagrane, wielowątkowe, mogą się kończyć na więcej niż dwa sposoby. Ba, można je psuć, zabijać przyszłych zleceniodawców, zrażać ich do siebie. Czułem się jak w izometrycznym Falloucie, a nie w grze na konsoli z XXI wieku. Trzeba uważać, stąpać ostrożnie – te anachronizmy są paradoksalnie bardzo odświeżające. Gra wspiera też eksperymenty, można napuszczać potwory na siebie, np. przez kuszenie trolla by zaatakował pobliski garnizon bandytów. Można działać w ukryciu, można się specjalizować – to jest prawdziwy RPG, każda decyzja jest ważna. Osoby które zrażone były licznymi uproszczeniami w Fallout 4 będą się tu czuły jak w domu. Osoby, które lubią zarządzanie postacią w stylu Pip-Boya też będą się czuły jak w domu.

skomentuj

Ostatni post z 20 października

2017. Pewnie z tej okazji dostaliście specjalne powiadomienia od Facebooka o treści: „wielkie odkrycie radzieckich archeologów – strona Gry dla Dorosłych wciąż funkcjonuje”. No niby żyje, ale co to jest za życie? Zima, wyjątkowo nieciekawe perypetie zawodowe, a do tego lekka depresja społeczna z tendencją do pogłębiania się. Gry przestały być na to wszytko skutecznym lekarstwem.

Koniec roku należał do RimWorld. Przegrałem tam ze 150 godzin, równolegle – na dwóch różnych światach. W jednym miałem energetyczne Eldorado, pełne spiżarnie i poczucie ogólnej szczęśliwości. W drugim polarną pustynię, kanibalizm i ciągłe problemy ze wszystkim po kolei. Ta druga rozgrywka, nasycona wyzwaniami i problemami okazała się dużo ciekawsza, jednak do czasu. Człowiek już taki jest, że nawet najmniej przyjazne ekosystemy jest w stanie przystosować do swoich wymagań. Tu też zaczęła się nuda. Nie przeszkadza mi to twierdzić, że RimWorld jest najlepszą grą z jaką się zetknąłem w 2017 roku.

Kupiłem Elex. Mam na liczniku kilkanaście godzin i brak przekonania czy to w ogóle skończę. Pogrywam w Division, odbywam raz na czas godzinny spacer po NYC. Chyba czekam na remake Shadow of the Colossus. Chyba czekam na Far Cry 5. Z pewnością czekam na RDR2. To wszystko to jednak jest liche niczym ruchy Browna.

Równo za trzy dni w moje atopowe dłonie trafi Nintendo Switch, a na nim wiadomo – Zelda. Jeżeli to mnie nie przywróci do pisania o grach to chyba już nic nie będzie w stanie.

skomentuj

Zaczynam ogarniać metodologię przeżycia w

kolonii RimWorld – nikt mi wczoraj nie umarł. Co więcej, mam za sobą pierwszy romans, który zakończył się ślubem. Okazuje się, że seks poprawia nastrój kolonisty w mniejszym stopniu niż uznanie i szacunek płynący z oczu partnera/partnerki. Oczywiście, że nie jest to uczucie symetryczne – bardzo jestem ciekawy czy uda im się doczekać potomstwa. Ona jest naukowcem, on głównie sprzątaczem i tragarzem. Egalitarna jest miłość w mojej osadzie.

Przyszła zima, a więc nuda straszna, zbudowałem stół bilardowy, zorganizowałem też browar i pracownię narkotykową. Dokąd doprowadzą mnie eksperymenty w tej ostatniej dziedzinie? Nie mam pojęcia, ale wiem, że chcę się przekonać.

Najciekawszymi wydarzeniami wczorajszego dnia była walka z grzejnikami podczas fal zimna oraz wizyta miotacza mołotowów. Wpadł do mnie facet, który na dzień dobry wysadził drzwi wejściowe, stanął w wyjątkowo niewygodnym do zestrzelenia kącie i zaczął obrzucać domostwo łatwopalną substancją. Zanim go ustrzeliłem ogień już trawił 1/4 zabudowań. Na szczęście opanowałem aktywną pauzę i szybko zdusiłem ogień. Straty były minimalne.

P.S.
Pozostało jeszcze kilka godzin aby sobie wyklikać za całkowitą darmochę prawdziwego klasyka, grę Civilization III. Wersja dla Steam: [link]

skomentuj

Wszystko inne zostało odłożone na

półkę. Liczy się tylko RimWorld!

Rozpoczynając zabawę z RW wyobrażałem sobie, że zbuduję olbrzymią i w pełni zautomatyzowaną kolonię. Linie produkcyjne, roboty, luksus i korporacyjna opieka zdrowotna. Tak to sobie koncypowałem w wyobraźni. Wybierając poziom trudności zdecydowałem się na spokojną narratorkę Phoebe i drugi, z bodajże sześciu, poziomów trudności. Zalecany jest dla budowniczych pragnących poczuć nieskrępowaną przyjemność piaskownicy. Nie kliknąłem opcji najłatwiejszej bo gra trzy razy ostrzegła mnie, że to nuda, że jestem cienias i jeśli chcę doświadczyć RimWorld to nie mam bać się zdarzeń losowych. Zostałem zdradzony o zmroku.

Wczoraj działo się wiele. Tak w skrócie: napadli mnie krwiożerczy Wargowie, przez co musiałem dwa dni siedzieć zamknięty w domu. Dzięki temu nauczyłem się, że zapasy żywności i paliwa powinny być w tej samej zagrodzie. Dalej przyszła zaraza, która zniszczyła mi zagony ryżu, ziemniaków oraz bawełny. Razem z końcówką lata pojawiła się zaskakująca fala gorąca, na którą dwóch kolonistów zareagowało przyodzianiem się w zimowe ubrania. Skończyło się to cięzkim udarem, za farmą wiatraków wykopałem pierwsze groby. Potem była malaria. Jeden z kolonistów umarł (lekarstw ubywa bardzo szybko przy tego typu chorobie), drugi nabrał odporności. Dla porządku warto wymienić jeszcze ataki szalonych wiewiórek, piratów, awarie wiatraków i wewnętrzne konflikty pomiędzy kolonistami.

Próbuję sobie wyobrazić jak może wyglądać rozgrywka na wyższych poziomach trudności. Opad radioaktywny na całej powierzchni planety? Wybuch wulkanu? Plaga szarańczy? Przeglądałem jadłospis problemów jakie mogą wystąpić podczas kolonizacji – jestem przekonany, że twórcy to bezlitośni socjopaci (o tutaj dowód: [link] którzy na śniadanie piją krew miesięczną nienarodzonych płodów pandy wielkiej.

Czasami nawet ja mam wrażenie, że przesadzam z porównaniami.

Miałem budować fabryki, miałem opracować maszyny, miałem produkować wódkę. Takie były plany, a moja gra to ustawiczne przeskakiwanie nad kłodami, jakie rzuca mi pod nogi los. Ponad to najwięcej czasu zajmuje mi analiza potrzeb kolonistów. Stopień skomplikowania modelu stanu zdrowia tak psychicznego, jak fizycznego robi naprawę kolosalne wrażenie. W tej grze wszytko ma znaczenie i nie są to puste słowa. Sprawdźcie choćby jakie modyfikatory mają najzwyklejsze ubrania. Stopień skomplikowania relacji międzyludzkich czy wpływu otoczenia na nastrój sprawia, że gra wciąż wydaje mi się pęczkiem nieodkrytych tajemnic.

Jedną z większych zalet RW jest automatyzacja życia kolonistów. Wyeliminowano to co najbardziej męczyło mnie w Stardew Valley – śmiertelnie nudne podlewanie i chodzenie dwa tysiące razy po tych samych ścieżkach. Drugi elektromagnesik, który skutecznie przyciąga mnie do RimWorld to fakt, że dla Hayflick, gry którą hobbystycznie projektuję w myślach od wielu lat, przewidywałem bardzo, ale to bardzo, podobne rozwiązania. Zaczynając od pixel art, widoku 2D top down przez model rozgrywki survivalowo-eksploracyjnej, połączenie najnowszej techniki i problemów właściwych dla ery rolnictwa przedindustrialnego, aż po rozbudowane statusy i relacje międzyludzkie.

W sumie to miło, że nie musze nic pisać i mogę sobie już tylko grać.

skomentuj

Zeszły tydzień ułożył się na tyle

nietypowo, że spędziłem dwa wieczory niezobowiązująco przykuty do komputera. Unikam takich sytuacji, ale czasami wymigać się nie da. Wtedy, dla równowagi, szukam klasycznej rozrywki pececiarskiej – najchętniej indykowej strategii. Od jakiegoś czasu śledziłem RimWorld – w końcu nadarzyła się okazja aby zagrać.

Settlers II na obcej planecie.

Gracz pełni rolę trzecioosobowego zarządcy, który wytycza kolonistom zadania, organizuje strukturę i pracę kolonii, stanowi prawo. Bawimy się w boga, który jako istota wszechmocna może co prawda bardzo dokładnie sterować każdym krokiem, każdego z kolonistów ale używa się tego trybu w sytuacjach kryzysowych. To typowa gra strategiczna, refleks jest zbędny (zawsze sobie można zapauzować rozgrywkę i w ten czas wydać wszystkie istotne dekrety). Koloniści pracują, śpią, jedzą, odpoczywają, płodzą dzieci, atakowani są przez szalone króliki, oddają się nałogom, są porywani dla okupu, borykają się z uchodźcami. Mnogość i kolorystykę zdarzeń reguluje się przez wybór narratora na początku rozgrywki. Ciekawy zabieg stylistyczny, bo to nie kto inny jak właśnie generator zdarzeń losowych buduje charakter rozgrywki.

Co można? Na początek budujemy chatkę, zakładamy zagon ryżu, uprawiamy bawełnę, bo wiemy, że prędzej czy później będą potrzebne nowe ubrania. Zbijamy z desek łóżka, stół w jadalni, budujemy piec. No i tak krok po kroku dochodzimy do technologii chłodzenia żywności, broni energetycznych czy paneli słonecznych i akumulatorów energii. Jak to w życiu.

Nie wiem czy będę w to grał regularnie. Siedzenie przy biurku z myszką w dłoni to dla mnie sytuacja, w której podskórnie oczekuję zapłaty. Poza tym Destiny 2 ciągle na topie (Elex raczej odpuszczam, przynajmniej do czasu solidnego upatchowania tego tytułu). Oddałbym królestwo za nieco więcej wolnego czasu, ale nie mam królestwa. Muszę je sobie zbudować.

skomentuj

Trzecia kawa

wpita. Może jakoś uda się ograć ten poniedziałek.

Destiny 2 rozpoczyna się na Ziemi. Kolejny raz zwiedzamy postapokaliptyczne, zardzewiałe i przerośnięte bujną zielenią krajobrazy. Dość popularna w ostatnich latach stylistyka nie wyróżnia się niczym czego by nie pokazał Horizon czy też Fallout. Jedyną wisienką na torcie jest unoszące się ponad horyzontem blade oblicze monumentalnego Wędrowca.

Największym atutem Destiny były i są jednak zróżnicowane świat oraz wyjątkowo częste zmiany scenografii. Po rozwikłaniu problemów starej dobrej planety udajemy się na Tytana – jeden z księżyców Saturna. Glob pokrywa ocean ciekłego metanu, na nim zaś zakotwiczone są ludzkie instalacje ze starych dobry czasów. Lokalizacja rozczarowuje, bo przypomina abordażowe fragmenty Modern Warfare, nie czułem się jak w kosmosie, a raczej na platformie wiertniczej.

Na szczęście Tytan to tylko przystanek, następna wyprawa zabierze nas na przeciekawe rubieże Układu Planetarnego. Nessus to dzieło inżynierii planetarnej Veksów, rasy o syntetyczno-organicznych ciałach i nieznanych intencjach, która tworzy Mechaniczne Światy w sobie tylko znanym celu. Orbita Nessusa jest zmienna, wynosi 60 km +/- 16 km. Zamiast granitowych wierzchołków widzimy idealnie równe platformy, gigantyczne łożyska kulowe, do tego czerwone trawy i fantazyjne drzewa. Sam nie wiem co jest ciekawsze – czy wizualna strona tej lokalizacji, czy też tło historyczne związane z Veksami – rasie, której poświęcę osobną notkę.

Dalej lecimy na Io, księżyc Jowisza. Tam będą na nas czekać żółte kaniony mozolnie wyprute w skałach przez jakieś ciecze. Klimat pustynno-górzysty, atrakcję stanowią superdrzewa, a raczej pozostałe po nich korzenie. Świat przyjemny ale niezaskakujący. Tu chwilowo przerwałem swoją przygodę z Destiny 2, ale wiem już, że nie spotka mnie nic nowego, a przynajmniej nie będzie to kolejny obszar. Trzeba grać.

skomentuj

Ja

wiedziałem, że tak będzie.

Po latach spędzonych w odciętej od Internetu komorze kriogenicznej wsiąkam w każdą sieciową gierkę. Co ja wiem o Destiny 2? Niewiele, ledwo zbliżam się to poziomu 10. czyli półmetku rozgrzewki. Grind jeszcze się nie zaczął, na razie nie mam pojęcia co zbierać, czego używać. Nowe przedmioty wpadają wystarczająco często, nie męczą nadmiarem i jednocześnie nie jest ich mało. W takiej grze najważniejszą cechą jest optymalny balans. Nie może być za trudno, za łatwo, za nudno, zbyt emocjonująco. Wszystkiego po trochu i każdy będzie zadowolony.

Mnie, na razie, najbardziej cieszą pięknie postapokaliptyczne widoczki. Wciąż nie walczyłem na Tytanie, więc skupię się na naszej planecie. Jest pięknie. Monumentalne tła z Wędrowcem, rdza i wszędobylska zieleń, kojące przeloty orbitalne pomiędzy misjami. Oni potrafią robić piękne gry.

Sam walka jest dynamiczna, sporo skakania, ataków z góry, poza tym jest skrojona bardzo uniwersalnie, swobodnie się czułem zarówno ze snajperką, jak i granatnikiem czy mieczem. Tak, broń biała! Nie wiem jak w poprzedniej części, ale w dwójce mój bohater bardzo dobrze sobie radzi w bezpośrednim kontakcie z wrogiem, co tylko dodaje rozgrywce uroku.

Rozegrałem dwa meczyki w strefie PvP. Jeden to było typowe ABC, drugi oparty był o drużynowy deathmatch, ale tak do końca się w niego nie wkręciłem. Na razie nie trafiłem na nic co choćby w 1% przypominało by moc Strefy Mroku z The Division. Jednak nie płaczę, w takich grach więcej przyjemności sprawia mi współpraca podczas masterowania misji na najwyższych poziomach trudności, a nie potyczki z mocno sformalizowanych walkach drużynowych.

skomentuj

Z pewnością

zauważyliście, że praktycznie każdy felietonista w prasie mniej lub bardziej codziennej, od czasu do czasu, popełnia tekst o mękach pisania. Tematyka ta jest na tyle popularna, że zdarzają się blogerzy, którzy na tym poprzestają.

Nie napisałem nic od 2 miesięcy, a i poprzednie półrocze nie obfitowało w regularne teksty. To nie tak, że przestałem grać, od wakacji miałem okazję ograć Syberię 2, Elite: Dangerous, AC4: Freedom Cry oraz niechlubnego Just Cause 3.

Ten ostatni wytwór to typowa wstydliwa przyjemność. Gra jest płytka niczym zęza na Omedze (tak, tak, w tym roku zacząłem przygodę z żeglowaniem i fascynuje mnie każdy termin związany z łódkami), fabuła żywcem wycięta z seriali typu McGyver czy A-Team, rys psychologiczny postaci również. Do tego koszmarna optymalizacja na PS4. Producent gwarantuje piękne spadki animacji gdy na ekranie pojawia się z byt dużo wybuchów oraz co rusz minutowe timeouty podczas łączenia się z siecią.

W ogóle mi to nie przeszkadza i odzyskuję dla rebelii prowincję po prowincji. Hak z wyciągarką, wingsuit, spadochron, kilkadziesiąt zróżnicowanych pojazdów, samolotów, helikopterów, łodzi – do tego olbrzymi i obrzydliwie powtarzalny (ale nadal malowniczy!) teren i prawdziwie mocarne bronie. Rzućcie we mnie ostrym kamieniem, ale napiszę to – JC3 przypomina mi MGS5. Różnica jest jedna – Snake preferował działanie w ukryciu, Rico zaś stara się być w centrum uwagi wroga. Poza tym mamy mnogość rozwiązań i pełną dowolności w ich doborze. Piaskownica.

Grałbym w to pewnie aż do 17 października, kiedy to premierę ma Elex – nowa gra twórców Gothica – gdyby nie tajemnicza przesyłka. Tydzień temu miałem urodziny, ale awizo zaginęło i dopiero dziś odebrałem Destiny 2. Wydaje się, że to prezent niespodzianka, ale faktycznie stanowi środek przymusu bezpośredniego. Nie miałem specjalnej ochoty na D2, boję się, że mnie wessie jak Division – ale teraz wyjścia już nie mam. Muszę ograć.

Ze wspomnianymi urodzinami wiąże się jeszcze jedna sprawa – tak się złożyło, że miały one miejsce prawie dokładnie 18 lat przed premierą pierwszej części Fallouta. Ta zaś miała miejsce 20 lat temu. Wszystkie te liczby wprawiają mnie lekką melancholię. Chyba zbuduję sobie 486DX4 i powtórzę przygodę sprzed dwóch dekad, tak bardzo natywnie jak to tylko możliwe.

Moja żona właśnie mi zerknęła przez ramię i stwierdziła: „Kochanie, kto to przeczyta? Dorzuć chociaż jakiś śmieszny obrazek”.

skomentuj

Wyprawa do oddalonego o 380 ly systemu Maia

zakończyła się umiarkowanym sukcesem. Zakupiłem meta-alloys, zawróciłem w stronę Szanownej Pani Inżynier, doleciałem. Prawie. Na dwa skoki przed końcem podróży dopadł mnie pirat i w pół minuty rozłożył na łopatki. Byłem zaskoczony, rozkojarzony, a po chwili martwy.

Co ciekawe – niespecjalnie zabolała mnie wysokość faktury wystawionej przez ubezpieczyciela, prawdziwym ciosem okazała się utrata ładunku. Dwa dni zmarnowałem żeby dostarczyć ten unikalny drobiazg. Zapamiętam to.

Nic nie dzieje się bez przyczyny. To był najwyraźniej czas na zmianę zawodu. Za gotówkę zarabianą na skanowaniu systemów kupiłem nieco większy statek i sześcioosobową kabinę pasażerską klasy biznes. Kosmos i PRL łączy jedna cecha – nie ma tam lepszego sposobu na zarobienie kasy niż taksówkarstwo. Wystarczy trafić na dobry system, podrasować relacje z lokalnymi frakcjami i nawet nie zauwazysz kiedy na koncie pojawi się dziesiąty milion.

Najchętniej transportuję VIP-y. Podróżują zwykle ze świtą, która zajmuje cały przedział pasażerski mojej Cobry, zwykle jednak nie chcą latać zbyt daleko, a płacą wyjątkowo rzetelnie. Najczęściej biorę kursy w przedziale zysków od 300k do 700k, a że są to wycieczki na 2-3 skoki to sami już powinniście rozumieć skalę rentowności przedsięwzięcia.

Zarobiłem już na Delfina, czyli najmniejszego z trzech dostępnych w grze pasażerskich statków klasy premium. Nie zamieniam jednak skorupy na większą i nowszą bo dobrze mi się lata małą i stosunkowo tanią Cobrą MKIII. Mogę tam zmieścić dwie ekipy VIP-ów oraz cały ten sprzęt do skanowania i tankowania w locie.

Jeszcze pewnie trochę pociułam jako złotówa, a w następny odcinku wcielę się w hajera na kosmicznej grubie.

skomentuj