Koniec przygody, pozamiatane, można już iść

Koniec przygody, pozamiatane, można już iść. Dziś ostrzegam: możliwe spoilery.

Fallout 4, jak sama nazwa wskazuje, musi mieć cztery różne zakończenia. Tak naprawdę warianty są dwa: można zasiąść na fotelu szefa Instytutu lub zniszczyć cały ten interes przez wysadzenie reaktora. Destrukcję czystych i szczęśliwych korytarzy Instytutu możemy wykonać z Trasą, Minutemanami lub Bractwem Stali. W sumie daje to cztery różne warianty finału.

Współpraca z ojcem, który jest synem czyli ścieżka Instytutu wydaje się najbardziej oczywista: gracz w naturalny sposób staje po stronie nauki, postępu, bezpieczeństwa oraz w zgodzie z pokrętną genetyczną niewolą rodzinnych więzów. Odpalamy niewyczerpane źródło energii, niszczymy wrogów, Shaun umiera w podeszłym wieku, w drodze sukcesji szefem Instytutu zostaje gracz. Koniec.

W pierwszej kolejności wybrałem taką linie fabularną tylko z żądzy pucharków. Postać Ojca w ogóle mnie nie przekonała. Pomimo rozbudowanych możliwości fabularnych jakie daje hibernacja, przeniesienie się w przyszłość o 200 lat i wręcz anegdotyczna sytuacja "zdarzają się przypadki, że syn jest starszy od matki" twórcy nie zrobili nic aby zaciekawić mnie Instytutem. Wybór tej opcji byłby czysto pragmatyczny, zapewniłbym sobie czystą pościel w widnym pokoju, armię syntetycznych niewolników i smaczną, nienapromieniowaną zupę w kantynie. Bez większych emocji.

Co innego ścieżka BoS. Ich lśniące pancerze działają na wyobraźnię od pierwszego widzenia, kiedy to rozmawiamy z Cabbotem przed bunkrem w Lost Hills. Potem okazuje się, że to tylko kolejna banda militarystów ogarniętych obsesją władzy, technologii i czystości rasy. W pierwszym kontakcie z tegoroczną odsłoną BoS miałem ochotę wybić wszystkich. Na szczęście skumplowałem się z paladynem Densem - zasłużonym bohaterem bractwa, który okazuje się syntkiem. Zaprzyjaźniamy się z nim by później dostać rozkaz wyrwania syntetycznego chwasta. Bractwo bardzo nie lubi maszyn. Oczywiście nie przeszkadza im to w budowaniu gigantycznego Liberty Prime - przedwojennego robota, który miał uczestniczyć w walkach z Chinami na Alasce w 2077 roku. Bractwo gardzi technologią, która nie jest w 100% poddana człowiekowi, ale oczywiście jest zainteresowane przejęciem od Trasy sztucznej inteligencji o imieniu PAM. Hipokryzja, nadęta retoryka i proste bezwzględne zasady to trzy rzeczy, które mi się w Bractwie Stali najbardziej spodobały. Ta frakcja najlepiej by się odnalazła w otaczającej nas rzeczywistości Europy AD 2015.

Po finale BoS poczułem się znacznie lepiej. Przyszłość Wspólnoty jest w dobrych rękach. Zabrałem się więc za budowanie osady, w której mieszkańcy zaznają niespotykanego szczęścia. Moje dotychczasowe osiedla miały szczęście na maksymalnym poziomie 80 punktów. Okazuje się, że aby zdobyć osiągnięcie "Serce ludu" nie jest potrzebna sprawnie skonstruowana baza tylko efemeryda. Sześciu chirurgów polowych, jedna plantacja mutowoców, byle jakie śpiwory, wieżyczki dla obrony i kilka pomp. Do tego dzwonek, krzesło i kupa wolnego czasu. Cały proces trwał około 3 tygodnie czasu gry i sprowadzał się do bicia w dzwon i czekania 24 godziny. W kółko - na zmianę. Jedyny słaby punkt na liście trofeów.

Na dzisiaj zostało mi odnalezienie 5 z 20 figurek kolekcjonerskich, być może jeszcze kilka nieodwiedzonych miejscówek na mapie Wspólnoty i można myśleć o następnej grze.

2015-12-15 11:40:17

skomentuj

starsze index nowsze



Onegdaj pisałem, że...

Prowadzę bloga "Gry dla dorosłych" od 19 lutego 2013 roku. Oto niektóre z wcześniejszych tekstów:


2014-12-10

[uwaga, to będzie kolejny post na temat jakości usług sieciowych PS4] Kiedy Electronic Arts daje prezenty to cały świat klaszcze i przytupuje

2015-11-25

Wczoraj usunąłem serwis Polygamia z ulubionych. Czytałem go od zawsze

2017-10-16

Trzecia kawa wpita. Może jakoś uda się ograć ten poniedziałek. Destiny 2 rozpoczyna się na Ziemi