Mija dwudziesty dzień od chwili kiedy zapowiedziałem początek mojej przygody w Metal Gear Solid V: The Phantom Pain

Mija dwudziesty dzień od chwili kiedy zapowiedziałem początek mojej przygody w Metal Gear Solid V: The Phantom Pain. Być może znajdzie się jeden, a może nawet półtorej czytelnika, którzy będą zaniepokojeni faktem, że wciąż nie wydusiłem z siebie na ten temat niczego. Wymówki mam staro-szkolne: najpierw były święta, potem nowy rok, a na koniec dopadła mnie grypa. Taka fest, co to nie pozwala na składne pisanie.

Prawda jest taka, że początkowo nie chciało mi się pisać bo po prostu cały ten Snake’owy hype mi się nie udzielił. Miałem przed sobą naciąganą historię rodem ze średnio-budżetowego niemieckiego kina sensacyjno-przygodowego. Ruskie wojska, nadęci szpiedzy, roboty oraz demony. Pierwsze trzy godziny tej gry to była męka. Wcale nie mam na myśli tutaj niesławnego czołgania się przez szpital tuż za nagimi pośladkami jakiegoś sympatycznego pana. Chodzi o ogólne założenia fabularne - rok 1984, wojna w Afganistanie, infiltracja radzieckich instalacji militarnych - wszytko to zapowiadało się bardzo interesująco. Dziegciem w historii był ognisty belzebub, lewitujące dziwadło w masce p-gaz, teleportujące się marionetki żołnierzy - słowem całe dobrodziejstwo inwentarza pana Kojimy, którego do tej pory nie znałem.

Trzy godziny wystarczyły aby mógł napisać: Metal Gear Solid V: The Phantom Pain to najlepsza gra wojenna z otwartym światem w jaką miałem okazję zagrać. Z ręką na zmęczonym nadciśnieniem sercu!

Nie kłują mnie w oczy baloniki służące do szybkiego transportu czterdziesto-tonowego czołgu. Nie zniechęcają mnie pudła, za pomocą których można nadać samego siebie jak zwykłą pocztową przesyłkę. Dmuchane atrapy Snake’a, wyskakujące niczym okienka na stronach porno, kurczakowa czapka, pies posiadający niepokojącą facjatę - elementów rozpraszających w tej grze jest strasznie dużo. Jeżeli już złapie się infiltracyjny bakcyl to przaśny humor słynnego Japończyka jest tylko i wyłącznie dodatkowym atutem.

Jestem aktualnie gdzieś w ⅓ gry. Przyznaję, że nie biegnę przez nią niczym D-Horse po skalistych i krętych dolinach północnego Kabulu. Staram się rozsmakować we wszystkich elementach rozgrywki. W najbliższych dniach możecie liczyć na kilka wpisów pochylających się nad poszczególnymi aspektami tej fantastycznej gry. Nie mogę uwierzyć, że to napisałem...

2016-01-07 08:55:00

skomentuj

starsze index nowsze



Onegdaj pisałem, że...

Prowadzę bloga "Gry dla dorosłych" od 19 lutego 2013 roku. Oto niektóre z wcześniejszych tekstów:


2015-06-09

Sto sześćdziesiąt godzin w trzy tygodnie, które minęły już od premiery. Straszliwie dużo grania za mną i całkiem sporo przede mną

2015-04-01

Dzień powszedni Bloodborne Po kilku dniach gry i niezliczonej liczbie śmierci zadanej mi widłami, siekierami, ostrymi zębami, tudzież garłaczami, zaczynam traktować Centralne Yharnam jak własny dom

2015-07-26

Ponoć jedna z najlepszych gier na PS3. Długo się za nią zabierałem - ponad sześć lat