Gram w The Division zaledwie od tygodnia, a już czuję zbliżający się nieuchronnie horyzont końca

Gram w The Division zaledwie od tygodnia, a już czuję zbliżający się nieuchronnie horyzont końca. Mam 25 z 30 poziomów rozwoju postaci dostępnych w trybie fabularnym. Zostało mi może z 5 misji wątku głównego. Po maksymalnym rozwinięciu bohatera oraz ukończeniu zadań fabularnych gracz jedynie dostaje możliwość przechodzenia kolejnych misji w podwyższonym trybie trudności oraz realizacji codziennych wyzwań. Nie brzmi to obiecująco. Zostaje wizyta w Strefie Mroku.

Dark Zone jest obszarem unikalnego trybu PvP. Obejmuje tereny w centralnej części mapy, które w wyniku niefortunnych decyzji kwarantannowych stały się siedliskiem występku oraz niewyczerpanym źródłem ekwipunku najwyższej jakości. Nie znajdziemy tam ogranych trybów znanych z innych gier sieciowych jak deathmatch czy capture the flag.

O ile obecność Dywizji – agentów specjalnego zastosowania – na terenach objętych zarazą jest bardzo solidnie uzasadniona, tak mam wątpliwości czy pomysł Ubisoftu na rozgrywkę „gracz przeciwko graczowi” będzie ekscytujący kiedy już uzbiera się swój finalny ekwipunek. Dlaczego agenci, wchodząc do skażonej strefy pełnej najsłodszych fantów, mieli by zwracać się przeciwko sobie? Można domniemywać, że podręcznikowy członek Division niczego nie pożąda tak mocno jak fioletowej kabury czy plecaka. Nie chodzi oczywiście o widoczny gołym okiem kolor ubranka tylko jego klasę unikalności. Twórcy założyli, że będziemy chcieli zabijać kolegów ratujących miasto tylko po to aby otrzymać ciut lepsze zabawki. To wydaje mi się kontrowersyjne.

Oczywiście status targowiczanina nie jest trwały, szkarłatna litera R jak Rogue znika po udanej ucieczce z DZ, po śmierci od kuli wystrzelonej przez prawego agenta lub po prostu po przetrwaniu 5 minut szalonej ucieczki. W najgorszym razie tracimy sporo punktów doświadczenia (właściwego tylko dla Strefy Mroku) i możemy dalej łowić fanty. Coś mi w tej koncepcji zgrzyta.

Pierwsza wizyta w tym miejscu to wielki stres. Wchodząc na objęte kwarantanną ulice trafiamy od razu na duże grupy silnych przeciwników sterowanych przez algorytm. Każdy z nich nosi pancerz i bywa, że rozpracowanie 4 uliczników, którzy poza DZ nie stanowią najmniejszego problemu, wymaga pełnego skupienia. Poza tym pojawiają się tam wrogowie wzmocnieni oraz legendarni - ci z nazwiskami. Najlepsze przedmioty można wyjąć ze specjalnych skrzyń, do których dostęp uzależniony jest od posiadania klucza oraz darkzonowego poziomu postaci. W ciągu godziny udało mi się dobić do levelu 10, więc idzie dość szybko, jednak nie udało mi się otworzyć żadnego z zasobników pierwszego sortu. Te najlepsze obstawione są silnymi grupami walecznych NPC.

Wszystkie zebrane w DZ przedmioty są skażone – nie można ich tak sobie wynieść na miasto w plecaku. Muszą być odkażone, a przed tym wymagane jest podpięcie ich na linie zwisającej z zawezwanego wcześniej helikoptera. To najciekawsze element rozgrywki. Strefy, w których możliwe jest przywoływane helikoptera to najważniejsze miejsca Dark Zone. Tam właśnie koncentruje się aktywność graczy.

Początkowo wszyscy mierzą się wzrokiem, rozglądają na lewo i prawo w poszukiwaniu zagrożeń, dziwnych zachowań. Friendly fire nie obowiązuje tylko członków zorganizowanej grupy. Bardzo łatwo przypadkowo sieknąć niewinnego gracza serią przez plecy podczas odpierania szturmu NPC. Nie trudno się domyśleć, że wezwanie śmigłowca za pomocą flary przyciąga wszystkich okolicznych łotrów. Nie tylko tych sterowanych przez komputer…

Moja pierwsza wizyta w Strefie Mroku trwała około 1,5 godziny. Finalnie wyniosłem pełny plecak sprzętu (7 sztuk), z którego jedna snajperka służyła mi przez dwa dni (jak na standardy tego typu gry to wydaje się baaaaardzo długo). Ile razy zginąłem? Kilkanaście. Najczęściej ginąłem czekając na helikopter. Po śmierci wracałem w to samo miejsce licząc, że uda mi się odzyskać plecak, wzywałem kolejny transport, ostrzeliwałem wroga i próbowałem doczekać zwisu liny. Grając samemu stanowi to nie lada wyzwanie. Choć oczywiście zależy od szczęścia. Można trafić na samarytanina, można na trójcę zorganizowanych bandytów. Strefy podjęcia są zwykle dobrze eksponowane, można je łatwo ostrzeliwać ze snajperek i atakować z kilku stron równocześnie. Podejrzewam, że w trzyosobowej zgranej grupie będzie już znacznie łatwiej (medyk!).

Z pewnością wrócę jeszcze nie raz do Strefy Mroku, nie jest tam tak strasznie jak się na początku wydaje. O ile nie jesteś złym i brzydkim agentem to kary za zgon nie są dolegliwe. Pytanie tylko – po ilu takich rajdach odczuję znużenie?

2016-03-18 13:00:33

skomentuj

starsze index nowsze



Onegdaj pisałem, że...

Prowadzę bloga "Gry dla dorosłych" od 19 lutego 2013 roku. Oto niektóre z wcześniejszych tekstów:


2016-12-08

Wczoraj się zorientowałem, że w Watch Dogs 2 do zrobienia pozostała mi tylko misje fabularne

2014-11-27

Tydzień temu Sony udostępniło demo/trial gry Destiny w wersji dla PS4. Dają za darmo, więc postanowiłem sprawdzić

2014-04-16

Na samym szczycie mojej kupki wstydu znajduje się State of Decay. Mierzę się z tą grą regularnie od prawie roku