Dziś krótki rys historyczny o kupowaniu gier, które stoi po stronie yang oraz piractwie, czyli mrocznym pierwiastku yin

Dziś krótki rys historyczny o kupowaniu gier, które stoi po stronie yang oraz piractwie, czyli mrocznym pierwiastku yin.

W pakiecie z pierwszym komputerem (8-bit Atari) dostałem kilkanaście kaset, na każdej po około 20 gier nagranych w systemie Turbo 2000. Nie był to zbyt popularny system na mojej wsi, znałem tylko jedną osobę, która posiadała kasety Turbo 2000, większość kolegów korzystała z systemu Turbo Blizzard. Po krzyżowym ograniu tego co mieliśmy na stanie zmuszeni byliśmy do odbycia wyprawy po złote runo. Niedzielny poranek, najpierw autobusem do Trzebini, potem pociągiem do Krakowa, a następnie tramwajem na Rondo Matecznego. Na koniec krótki spacer do budynku Elbudu, który mieści się przy ulicy Wadowickiej 12. Towarzyszyła nam podniosła atmosfera odwiedzin w sanktuarium, nigdzie indziej nie można było zobaczyć tylu najnowocześniejszych elektronicznych gadżetów, wszelakich komputerów i wymyślnych akcesoriów. Stoiska kusiły świeżo nagranymi kasetami z grami, a każdy chętny mógł za kilka gorszy wymienić się kasetami VHS z filmami. Do tego w drodze powrotnej odwiedzaliśmy pewien ultrapopularny lokal gastronomiczny mający siedzibę przy Floriańskiej 55. Raj na ziemi.

Dosyć szybko zauważyłem różnicę pomiędzy ofertą giełdowych piratów, a tym co widziałem w reklamach polskich wydawców drukowanych z atarynkowych czasopismach. Wysłanie zamówienia za pomocą tradycyjnej poczty, następnie oczekiwanie i zapłata przy odbiorze przesyłki było dużo prostsze niż wspomniane wyżej eskapady do Krakowa. Zacząłem zamawiać oryginalne gry. Kosztowały około 20-40 tysięcy starych złotych, oczywiście na kasetach, bo nigdy nie miałem stacji dysków. Kolorowe okładki, instrukcje, nośniki lepszej jakości niż te giełdowe – wszytko to sprawiło, że czułem się dobrze. Miałem kolekcję około 20 oryginalnych gier, przepadłą niestety u tzw. „kuzynostwa”, któremu sprezentowałem Atari po przesiadce na PC.

Pierwszy komputer z prawdziwego zdarzenia to było 486DX2-66. Jeden z wujków posiadał PC znacznie dłużej i zdołał zgromadzić małą kolekcję gier, głównie strategicznych. Pamiętacie te wielkie kartonowe pudła? Pożyczałem od niego, ale w życiu nie kupiłem oryginalnej gry na PC. Koledzy ze szkoły średniej udostępniali mi płyty CD z nagranymi kompilacjami kilkudziesięciu gier. Mało która się uruchamiała, zwykle miały brutalnie wycięte wszelkie cut-scenki i inne zasobożerne materiały. Cień gier, ale grało się. Tak poznałem Fallouty, GTA czy Diablo i nie wstydziłem się tego, bo przecież wszyscy mieli piraty. Gry oryginalne kupowali jedynie szaleńcy.

Kolejną platformą do gier było Playstation 2. Przeróbka tej konsoli, tak aby czytała pirackie płyty DVD była bardzo łatwa i tania. Oczywiście, że to zrobiłem. W „kolekcji” posiadam jedynie dwa oryginalne tytuły: Gran Turismo 4 oraz Fahrenheit – ich również nie nabyłem, pochodziły „z darów”. Nie wiem skąd we mnie pragnienie diametralnej zmiany podejścia do licencjonowania programowania zwanego grami video, ale postanowiłem, że moja kolejna platforma nie będzie splugawiona piractwem.
Nabyłem Xboksa 360 i mimo tego, że piracenie tej konsoli było równie łatwe i tanie co PS2 uznałem, że definitywnie kończę z okresem błędów i wypaczeń. Skupiłem się na ofercie gier używanych. Okazało się, że za niewielkie pieniądze można kupić większość z popularnych tytułów. Co więcej, po ograniu, można je zupełnie legalnie odsprzedać. Zamiast wydawania 200 zł na nową grę wydawało się 50 zł na używkę, by po kilku tygodnia sprzedawać ją za powiedzmy 40 zł. Brzmi to fair i nie trzeba się martwić o aktualizacje softu, banowanie kont i inne nieprzyjemne rzeczy.

Kontynuuję identyczne podejście do tematu również przy bieżącej generacji. Przerób gier mam dosyć duży, a kolekcjonuję zabawkowe pistolety, a nie pudełka z płytami, z resztą do większości z tego co grałem wracać raczej nie będę. Nigdy. Taka formuła nie nadwyręża zbytnio budżetu i pozwala grać we wszystkie nowości.

Pierwszym tytułem, który zakłócił mój game-flow jest No Man’s Sky. Kupiłem go w dniu premiery za 269 zł. Po dwóch tygodniach wystawiłem na Allegro za 220 zł. Brak chętnych. Zszedłem poniżej 200 zł. Nadal brak zainteresowania. Wycofałem się kiedy zobaczyłem, że używaną wersję pudełkową można nabyć za mniej niż 150 zł. I to jest kolejny kamyczek położony na grobie tego sympatycznego indyka.

2016-08-29 12:19:14

skomentuj

starsze index nowsze



Onegdaj pisałem, że...

Prowadzę bloga "Gry dla dorosłych" od 19 lutego 2013 roku. Oto niektóre z wcześniejszych tekstów:


2016-07-26

Dzięki uprzejmości Grzegorza przez kilka najbliższych tygodni będę miał okazję testować konsolę Xbox One

2015-12-08

Tydzień temu wyposażyłem swój prawie 40-letni narząd wzroku w pierwsze okulary

2015-09-02

Supermassive Games - twórcy Until Dawn - chwalą się wykorzystaniem silnika z bieżącego Killzone