W trakcie kończącego się roku nie miałem zbyt wielu okazji by ekscytować się nową grą z otwartym światem

W trakcie kończącego się roku nie miałem zbyt wielu okazji by ekscytować się nową grą z otwartym światem. Nie miałem też żadnych wielkich oczekiwań wobec drugiej części Watch Dogs. Zaskoczyłem się podwójnie.

Po premierze dało już się wyłuskać w rozmaitych recenzjach przesłanki, z których wynikało, ze sequel stanowi zupełnie nowe rozdanie w temacie miejskich gier typu rockstarowego. Ucieszyłem się, ale nie popędziłem od razu do sklepu. Wytrzymałem trzy tygodnie. Teraz już wiem, że zupełnie niepotrzebnie przedłużałem sobie adwencik.

Gra rozpoczyna się od klasycznego włamu do serwerowni CtOS. Trochę skradania, trochę zabijania, odrobina hakerstwa. Podobnych misji w pierwszej części gry wykonywało się na pęczki, choćby klasyczne ubisoftowe wieże – konieczne do odblokowania każdej z dzielnic. Nic mnie nie zraziło, nic nie zniechęciło. Gram od trzech dni, a było pierwsze i jednocześnie ostatnie zadanie z głównego wątku jakie na razie wykonałem. Zostałem przyjęty do hakerskiej supergrupy DedSec, naszym zadaniem jest odzyskać utraconą prywatność milionów obywateli świata zachodniego. Nie ma tu zemsty, prywatnego śledztwa, osobistej tragedii - takie zadanie może zaczekać.

Pierwsza nietutorialowa misja okazała się za trudna. Może dlatego, że nie bardzo orientowałem się jeszcze we wszystkich mechanikach gry, może dlatego, że ustawiłem najwyższy możliwy poziom trudności. Dobrze, że tak się stało - odbiłem się od niej jak brzucha Erica Cartmana i wylądowałem w słonecznym San Francisco. Cele miałem dwa: zarobić hajs na zdalnie sterowane zabawki oraz podekspić punkty rozwoju postaci, aby efektywnie z tychże zabawek skorzystać. Aby to osiągnąć zatrudniłem się w tamtejszym Uberze. Wydaje mi się, że miałem wyjątkowo interesujących klientów. Ubisoft przyzwyczaił nas, że tego typu misje to nuda, na którą porywają się jedynie platynkowicze. Nic bardziej mylnego, w WD2 każda duperela jest albo uzasadniona fabularnie albo interesująca narracyjnie. Podwoziłem wyluzowanego gościa, któremu zgubił się robot, pomagałem spiętej pani doktor, która przewoziła antyczną rzeźbę. Nawinął mi się również zarobiony koleś, którego pytania padały jak z lustra, czarnego lustra (zdaje się, że kiedy jadę taksówką to prowadzę identyczną pogwarkę).

Zajmowałem się również prowadzeniem profilu DedSec w mediach społecznościowych. Pozornie głupie zajęcie, ale wrzucając fotki popularnych miejsc w mieście rozbudowywałem bazę followersów. Przy okazji zwiedzałem wspaniałe miasto San Francisco i oswajałem się z jego zabytkami. Spacerując po Castro, oglądając te wszystkie cudowne dziwactwa jak ogród, w którym zamiast doniczek używa się butów, przechodząc prze tęczowe przejścia dla pieszych, podziwiając street art, performerów oraz przede wszystkim spoglądając na zatokę mam ochotę od razu kupić bilet lotniczy na w kierunku SFO. Przy okazji – na mapie nie ma lotniska - wciąż nie da się latać, nawet helikopterami, choć te pojawiają się w służbie specjalnych służb. Jest mi trochę przykro, bo człowiek raz za czas musi sobie polatać, ale rozumiem. Marcus nie musi posiadać umiejętności pilotowania statków powietrznych. Wystarczy mu podręczny dron.

Dron, który możemy sobie wydrukować w siedzibie głównej, jest chyba najprzyjemniejszym gadżetem jaki można sobie wyobrazić w eksploracyjnej grze z otwartym światem. Jego zasięg jest ograniczony, ale nie przeszkadza to w wygodnej analizie zagrożeń w lokacji, którą akurat pacyfikujemy, pomaga w robieniu instagramowych fotek. Po jego odblokowaniu już zawsze będziemy mogli sprawdzić co kryje się za niemożliwą do przeskoczenia ścianą. Dron jest prawie tak fajny jak jetpack w GTA:SA.

Czuję, że będę przynudzał o tej grze przez jeszcze przez kilka postów. Watch Dogs 2 wygrało tym w czym porażkę poniosła Mafia 3 – w przyjemności jaka może płynąć z samej eksploracji.

2016-12-05 13:23:30

skomentuj

starsze index nowsze



Onegdaj pisałem, że...

Prowadzę bloga "Gry dla dorosłych" od 19 lutego 2013 roku. Oto niektóre z wcześniejszych tekstów:


2015-12-14

Trawers to jedyny poprawny sposób na zdobywanie Fallouta. Zbierałem w weekend materiały do notki z tezą: "10 najbardziej irytujących rzeczy w F4"

2015-06-26

Im dalej w las tym gorzej. Oczywiście Heavy Rain może się podobać, ale mam wrażenie, że 1/3 scen jest zbędna albo kiepsko wyreżyserowana

2015-11-04

Jeden z Archaniołów wyrwał się z Mad Maksa by wylądować gdzieś na obrzeżach Sandy Shores